Pierwsza noc w Talebheim

85 16 18
                                        

1.
   Płomienie. Biankę najczęściej nawiedzały w snach właśnie one. Śniła o ogniskach, pożarach, smokach ziejących strumieniami ognia... W końcu władała magią ognia. To wszystko wyjaśniało.
  Dzisiaj jednak płomienie wydawały jej się znajome. Palił się pokój jej i  siostry. Uciekając wbiegły do małego saloniku, który jeszcze nie płonął. Na stole leżała kartka i pierścień z herbem. Przedstawiał on wilka przebitego strzałą. Bianka podniosła kartkę, ale litery mieszały jej się przed oczami i nie mogła przeczytać listu. Rzuciła wiadomość na ziemię i razem z siostrą wybiegły z domu.
  Nagle jej siostra zniknęła i Bianka pojawiła się na tyłach gospody pod ,,Powieszoną panienką". Uciekała przez las przed jednym z 20 zakapturzonych postaci, którzy zaatakowali gospodę. Wybiegła na drogę, na której stały 4 postacie. Wykrzyknęła formułę zaklęcia i w ich stronę poleciał ognisty pocisk. Odwróciła się i zobaczyła, że człowiek, który ją gonił jest tuż za nią. Mężczyzna uniósł miecz.
  Bianka krzyknęła i gwałtownie usiadła na łóżku. Przez chwilę rozejrzała się nieprzytomnie, nie wiedząc gdzie jest. Potem przypomniała sobie, że znajduje się w ,,Utopionej panience", karczmie w Talebheim. Na pozostałych łóżkach, w słabym świetle księżyca, dostrzegła swoich towarzyszy podróży. Znała ich tylko kilka dni, ale czuła się tak, jakby byli jej bliskimi przyjaciółmi, od wielu lat.
  Była to bardzo dziwna kompania. Składała się z siedmiu osób, licząc razem z Bianką. Niziołek, a inaczej Agnes, (która miała jeszcze z piętnaście imion, ale Bianka pamiętała na razie tylko dwa) była wyższa niż przeciętni przedstawiciele jej rasy. Długie, rude włosy zawsze wiązała w kucyk tak, żeby nie zasłaniały jej dużych orzechowych oczu, które zdawały się przewiercać cię na wylot. Najczęściej najpierw spostrzegała alkohol znajdujący się w danym pomieszczeniu, mimo że niezależnie od wszystkiego zawsze miała przy sobie flaszkę. Najmłodszą osobą w drużynie (nie licząc Bianki) była Andzia. Wiecznie z głową w chmurach i nie wiadomo na jakich ziołach, mimo swojego młodego wieku. Ciągle się uśmiechała i często powtarzała, zdaje się jej ulubione zdanie: „Trzeba się wyluzować", przy okazji puszczając kółka z dymu. Kiedy Bianka zapytała się kiedyś, skąd ona bierze takie zioła, Andzia  odparła: „Mój towar ? Od królików! Króliki robią takie dobre zioła...". Najlepsza przyjaciółka Andzi, Ernesta, wyjaśniła później Biance, że Andzia ma niezwykły dar i potrafi rozmawiać ze zwierzętami i roślinami.  Ernesta miała czarne włosy i tegoż samego koloru oczy. Wyglądała może na 25 lat, ale nigdy nie podała swojego konkretnego wieku i zawsze na to pytanie odpowiadała „Mam tyle lat,  na ile wyglądam". Nigdy nie mówiła dużo o sobie. Wspomniała tylko raz coś o swoim bracie. Ogólnie była bardzo tajemniczą osobą. W przeciwieństwie do Arii, gadatliwej elfki, która już pierwszego dnia opowiedziała Biance praktycznie całe swoje życie. O rodzinie, przygodach, miłości itp. Niestety Aria miała to do siebie, że mówiła coś, bardzo podekscytowana i nagle w kulminacyjnym momencie urywała, zastanawiała się chwilę i pytała: „O czym to ja mówiłam, bo zapomniałam?". Miała czarne krótkie włosy, które podkreślały jej bardzo jasne oczy.  W kompanii był jeszcze jeden elf. Nazywał się Gierk. Był jeszcze bardziej milczący niż Ernesta. Był także dużo wyższy od niej, jak i od reszty drużyny. Jego twarz była ciągle częściowo zakryta przez długie do ramion, czarne włosy, spod których zawsze czujnie rozglądał się swoimi szarymi oczami. Cała jego postać była odrobinę niepokojąca, jednak mimo swojej małomówności, był bardzo miłą osobą. Ostatnim członkiem kompanii był Ragnar, dumny, młody szlachcic. Tak właściwie to za jego sprawą, cała wyprawa miała miejsce. Miał wyznaczoną jakąś misję, przydzieloną mu przez kogoś, ale Bianka nigdy w to bardziej nie wnikała.
  Bardzo polubiła tych ludzi. Jednak jak dotąd wszyscy, do których się przywiązywała, po jakimś czasie znikali z jej życia. Dręczyła ją myśl, że ta wesoła drużyna, także po pewnym czasie zniknie. Po cichu zsunęła się z łóżka i podeszła do okna. Otworzyła je i zapatrzyła się w noc. Zastanawiała się nad swoją przyszłością. Westchnęła. Podeszła do bagaży, rzuconych w jeden kąt pokoju. Pogrzebała w swoim plecaku. Wyjęła monetę i podrzuciła ją do góry i powiedziała „To dla ciebie Ranaldzie", cichutko, tak, żeby nie obudzić reszty. Moneta zniknęła, jakby ktoś niewidzialny złapał ją w locie. Ranald był bogiem szczęścia i złodziei. Bianka nie była złodziejką, ale była wierną wyznawczynią Ranalda. Bardzo potrzebowała szczęścia, gdyż jak dotąd prześladował ją pech.
  Dziewczyna odgoniła złe myśli i położyła się z powrotem do łóżka. Zamknęła oczy. Ostatnią jej myślą, była wirująca złota moneta. Potem nadszedł sen.

Fera IgnisWhere stories live. Discover now