Caileen uśmiechnęła się lekko, przyglądając się nocnemu niebu. Uwielbiała to wzgórze. Broken Ben miało wiele zalet, ale największą była zdecydowanie bliskość tego miejsca. Dziewczyna rozciągnęła się, słysząc skrzypienie w zesztywniałym kręgosłupie. Zarzuciła torbę na ramię i lekkim krokiem zbiegła do poziomu miasta. W pewnym momencie dostrzegła coś, co nie pasowało. Coś, co się wyłamywało. Coś, czego wczoraj nie było.
Przy drodze stał mężczyzna, o ile mogła to ocenić po sylwetce. Patrzył się w niebo z tą samą miną, która zawsze towarzyszyła dziewczynie. Stał niemal nieruchomo, jak kukła, a jedyny dostrzegalny ruch wykonywały jego oczy, przenosząc wzrok z jednej gwiazdy na drugą. Dziewczyna wpatrywała się w niego przez sekundę. Człowiek na dworze, o tej godzinie, był naprawdę rzadkim zjawiskiem. Caileen nie słyszała o żadnym badaniu na temat tego, kto spędza najwięcej czasu w domu, ale gdyby się odbywały, mieszkańcy Broken Ben z pewnością znaleźliby się w czołówce. Tutaj nikt nie wychodził z domu bez wyraźnej potrzeby. Nikt nie cieszył oczu pięknem przyrody. Nikt oprócz niej.
Podeszła do nieznajomego na odległość kilku metrów po czym powiedziała — Dobry wieczór. Pomóc panu w czymś?
Nie wymówiła tych słów głośno, ale w tym miejscu, otoczeni przez granatową ciszę nocy, oboje słyszeli je wyraźnie.
— Nie wie pani jak dojść pod First Street jeden? — Spojrzał na nią. W świetle księżyca ludzka skóra wydaje się nienaturalnie blada i tak było w tym przypadku. Delikatny, pełen uprzejmości uśmiech rozjaśnił na chwilę jego wargi, by po chwili zgasnąć w cieniu rzucanym przez jego wysoki kołnierzyk. Był młody, może nawet młodszy od niej.
— Zaprowadzę cię. Masz tam krewnych? — Minęła go w odległości około metra i, lekko muskając dłonią powietrze, dała mu znać, by szedł za nią.
— Chcę się zatrzymać w pensjonacie.
Dziewczyna zatrzymała się, a na jej twarzy pojawił się wyraz zmieszania połączonego z lekkim żalem. Rozchyliła usta, a po sekundzie wahania, jak wyrazić to, co chciała mu przekazać, uznała, że najlepiej jest nie komplikować prostych rzeczy. Gwiazdy były piękne, niezależnie od tego, czy były w rzeczywistości kulami gazu, czy trzymanymi przez anioły świecami. Szepnęła więc z łagodnym smutkiem — Zamknięto go trzy lata temu.
— Och — odparł. Bo co było więcej do powiedzenia? Ona przekazała mu niezmienną informację, a on przyjął ją do wiadomości.
— Przykro mi. Tata zamknął interes.
— Tata? — Chłopiec uniósł swoje ciemne brwi, wyraźnie kotrastujące z wywołaną lunarnym blaskiem bladością.
— Pensjonat należy do mojej rodziny. Nie mówiłam?
— Nie. — Uśmiechnął się, ale tym razem blask, którym radość zawsze rozświetla ludzką twarz, wydawał się przytłumiony, jego oczy zaś, wpatrywały się czujnie w dziewczynę. — No więc należy. I, niestety, od trzech lat jest "chwilowo nieczynny". Zatrzymaj się w Summer, tam mają motel. A właściwie, w jakiej sprawie przyjechałeś do baszej nory? O ile, rzecz jasna, nie jest to nic osobistego.
— Mieszka tu stary znajomy rodziny — powiedział gładko, niemal śpiewnie — A z innej beczki — widzę, że lubisz nocne spacery.
— Kocham gwiazdy. — W tym momencie można było odnieść wrażenie, że słowo "gwiazdy" bardziej niż rozciągniętego nad ich głowami nieba, tyczy się jej lśniących oczu.
— Macie tu jakieś kawiarnie, czy Peter... to jest, twój ojciec również wszystkie zamknął?
— Mamy cukiernio-kawiarnię "U Esmeraldy".
— Będziesz tam jutro w południe? Chciałbym się z tobą spotkać.
— Też lubisz nocne spacery? — Dziewczyna uniosła brwi z uśmiechem tak lekkim, jak wiatr, na którym powiewały jej ciemne włosy.
— Uwielbiam je. Tylko wtedy jest cicho. Będę więc jutro w południe. Zjawisz się?
— Dzisiaj — sprostowała Caileen — Jest po północy. I przyjdę, o ile nie postanowię inaczej.
Chłopiec skołnił się żartobliwie. Odwrócił się i odszedł, kryjąc się w cieniach okolicznych buków. Kiedy tak naprzemiennie szedł w plamach światła i mroku, pojawiając się i znikając, wyglądał jak postać w zbugiwanej grze. Na usta dziewczyny wpłynął lekki uśmiech. Spodobała jej się perspektywa tego spotkania o godzinie prażącego słońca.
