Steve Rogers x Bucky Barnes

750 91 7
                                        

Pociski leciały wszędzie. Słychać było dźwięki wybuchów i krzyki ludzi. Steve szarżował z tarczą wprost na działko Hydry. Udało mu się odbić pocisk wprost na przeciwników. Zasłaniając się tarczą podbiegł do broni i zniszczył ją. Wtedy ze wszystkich stron pojawił się oddział Kapitana, z Buckym na czele. Szybko zaczęli eliminować przeciwników oraz przejmować ich broń. Kiedy wszyscy zostali już pokonani oddział zastawił wyjścia a Barnes stanął obok Rogersa i razem wbiegli do budynku. Tam zaczęli szukać gabinetu dowódcy. Ich zadaniem był przejąć akta Hydry, aby dowiedzieć się gdzie planują następne ataki na amerykańską armię oraz żeby móc dzięki Howardowi zabezpieczyć się przed ich technologią. Według planu budynku, który studiowali przed misją gabinet był we wschodniej części budynku. Droga prowadziła przez hangar, w którym stały samoloty oraz pojazdy. Dając sobie znaki przeszli po cichu, jednak u samego wyjścia Steve przez przypadek natknął się na żołnierza, który zagrodził mu drogę i już wszcząłby alarm, gdyby nie Bucky, który znokautował go, zeskakując z dachu auta wprost na niego. Kapitan tylko kiwnął głową na swojego przyjaciela i ruszyli dalej. Szli korytarzem, którego podejrzanie nikt nie strzegł. Na końcu znajdowały się drzwi do gabinetu. Po cichu otworzyli drzwi. Nikogo nie było w środku. Bucky stanął przy drzwiach i pilnował czy ktoś przypadkiem nie nadchodzi. Steve zaczął przerzucać papiery i teczki. Po dłuższej chwili złapał za kilka wybranych kartek i odwrócił się do Bucky'ego.
- Mam wszystko. Idziemy.
- Nie. Nigdzie nie idziecie.
W pokoju stał Zola, który przeszedł tu prawdopodobnie przez ukryte przejście. W rękach miał naładowaną broń. Nim Steve zdążył zasłonić się tarczą Zola wystrzelił pocisk. W tym samym momencie Bucky skoczył niemu, ale nie zdążył. Kapitan leżał już na ziemi. Rzucił się więc ku przeciwnikowi, ale ten już znikał za ścianą ukrytych drzwi. Bucky podbiegł do Steve'a i zaczął oceniać rany. Widział już wielokrotnie co może zdziałać broń Hydry ale to przerastało wszystko. Jego przyjaciel miał sporą ranę w brzuchu i obficie się wykrwawiał. Próbował opatrzyć go, gdy w pewnym momencie na jego ramieniu zacisnęła się dłoń. Spojrzał na twarz swojego Steve'a, a ten patrzył na niego swoimi niebieskimi oczami. Nie było widać na jego twarzy bólu czy smutku, a wręcz przeciwnie – spokój i radość, jakiej doświadczają ludzie, którzy umierają u boku ukochanych osób.
- Steve! Wyciągnę cię z tego! Rozumiesz! Zaraz opatrzę ranę i... i potem cię stąd wyniosę...
-Buck...
- W naszym oddziale na pewno jest ktoś kto cię pozszywa. Nie będziesz wyruszał na misję przez jakiś czas.
- Bucky...
- Wiem, że będziesz chciał walczyć, ale ci nie pozwolę...
- James!
W tym momencie Barnes przestał. Steve nigdy nie używał jego imienia. Od zawsze mówił mu „Bucky" czy „Buck". Spojrzał na niego i łzy napłynęły mu do oczu
- Wiesz, że mnie nie uratujesz, ale to w porządku. Robiłeś co mogłeś. Przekaż oddziałowi... przekaż... że mają się nie poddawać...
- Steve...
- Ty też... Buck... ja...
Spojrzeli sobie prosto w oczy. Zrozumieli się. To powiedzenia czegoś takiego nie potrzebne są słowa. Bucky lekko nachylił się do Steve'a. Już miał złożyć swoje usta na jego, kiedy Steve wydał z siebie ostatnie tchnienie.
- Steve! – krzyknął Bucky, jakby to mogło przywrócić do życia. Pojedyncza łza uroniła się mu z oka i upadła na policzek Rogersa.

Bucky obudził się w środku nocy. Serce biło mu niezwykle szybko i cały zlany był potem. Usiadł na brzegu łóżka i odgarnął długie włosy metalowym ramieniem. Wziął głęboki oddech i starał się uspokoić, kiedy nagle ktoś cicho zapukał do drzwi.
- Wejdź – powiedział. W drzwiach stanął Steve, z lekko zakłopotaną ale bardzo zmartwioną miną.
- Wszystko w porządku? Słyszałem jak krzyczysz...
- To tylko koszmar... Nic wielkiego...
- Zdaje się, że ten koszmar śni ci się już któryś raz... - Steve popatrzył na Bucky'ego ze zrozumieniem. Już od jakiegoś czasu zauważył, że jego przyjaciel ma ciężkie noce, jest niewyspany, a kilka razy słyszał jak krzyczy przez sen. Usiadł obok niego na łóżku i spojrzał pytającym wzrokiem, a ten tylko krótko wyjaśnił:
- W tym śnie jesteśmy na misji w trakcie wojny. Wszystko idzie dobrze, aż w pewnym momencie dostajesz i... i umierasz...
- Ale ja jestem tu, z tobą – Steve założył rękę na ramiona Bucky'ego i przysunął do siebie.
- Rzecz w tym, że nie chcę cię stracić... Mając jeszcze tyle ci do powiedzenia...
- Jak co na przykład?
Tu Barnes speszył się i postanowił nic nie mówić. Steve chwycił go jednak za podbródek i przysunął ku sobie, po czym pocałował go. Bucky zdziwił się i na początku nie odwzajemnił pocałunku, ale odsunął się. Tak, chciał tego ale nigdy by się nie spodziewał że...
- Wiedziałem. Od dłuższego czasu. Znamy się przecież od kilkudziesięciu lat, prawda? – Steve zaśmiał się i jeszcze raz przysunął do Bucky'ego. Ten tym razem odwzajemnił pocałunek i czuł, że teraz mógłby umrzeć jako najszczęśliwszy człowiek na świecie.

Nie chcę cię stracićStories to obsess over. Discover now