Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, samotnie ulicą szła dziewczyna nucąc pod nosem "Feliz Navidad". Była zwyczajna, wyglądała niewinnie i grzecznie. Nagle skręciła w ciemną uliczkę nie przestając nucić. Ostatnio nikt tamtędy nie chodził bo od paru tygodni grasuje tam seryjny morderca, zwany wampirem. Po chwili wszedł za nią mężczyzna ubrany całkowicie na czarno, uśmiechneła się gdy usłyszała za sobą chlupot wody, która kiedyś była śniegiem. Włożyła ręce do kieszeni i zwolniła. Gdy mężczyzna był centralnie za nią i już miał ją złapać, lecz ona była szybsza, udeżył go mocno w brzuch łokciem, przewrócił się i gdy tak leżał i jęczał związała mu ręce oraz zakneblowała. Nikogo prócz nich nie było na uliczce.
- Nie ładnie jest zachodzić kogoś od tyło...
Szepneła mu do ucha. Po czym sięgła z plecaka małą butelkę po soczku i scyzoryk. Mężczyzna zaczął się kręcić gdy zrozumiał w jakie bagno się wpakował.
- Nie wydajesz się być grzecznym chłopcem, więc i ja nie będę dzisiaj grzeczna...
Powiedziała i zaczeła mu powoli rozcinać skórę na szyji tworząc dwa duże X.
- Nie rozumiem ludzi którzy brzydzą się krwi, ja ją uwielbim...
Dziewczyna rozejżała się, nie ma nikogo, jak zwykle. Zaczeła powoli wyciskać krew do butelki. Mężczyzna przestał się kręcić, zanim zemdlał do końca dziewczyna napełniła bitelkę i wylizała palce. Ukoronowała swoje dzieło wbijając mu nóż w serce, mężczyzna tylko jęknoł i wyzionoł ducha. Posprzątała po sobie i odeszła popijając jeszcze gorącą krew i nucąc "Feliz Navidad, Feliz Nawidad..."
238 słów, mam nadzieję że po tej opowieści nie wyślecie mnie do psychiatryka.
