Z perspektywy Katniss
Dwunastka.
Niewiele się tu zmieniło od czasu, kiedy ostatnio ją widziałam. Zbliża się wiosna, śnieg już praktycznie stopniał. Ludzie dopiero zaczynają odbudowę dystryktu. Jeszcze wszędzie wokół walają się gruzy domów, które niegdyś tu stały. Jedyne, co do tej pory udało się zrobić, to masowy grób na łące przy lesie, do którego przewieziono zwłoki ludzi zaatakowanych jeszcze na początku wojny przez Kapitol. Mimo wszystko to chyba właśnie dwunastka najbardziej ucierpiała. To właśnie ona na początku wojny została zrówna z ziemią, tak jak niegdyś trzynastka - dla przykładu. To miała być przestroga dla innych buntowników. Miała na celu ponowne zastraszenie nas. Tym razem jednak nie poskutkowało to tak, jak chciał Kapitol. Tym razem zaostrzyło to tylko konflikt miedzy nim a pozostałymi dystryktami.
Często zastanawiam się nad tym wszystkim. Czy potrzeba było aż tak wielkiej ofiary, by wreszcie zapanował miedzy nami pokój? Czy tyle niewinnych dzieci rok w rok musiało ginąć w tej głupiej i bezsensownej grze jaką były igrzyska tylko po to, by zastraszyć dystrykty, trzymać je w ryzach, nie dopuścić do tego, aby się buntowały? No i jeszcze ci kapitolińczycy. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby móc oglądać takie rzeczy i jeszcze czerpać z tego przyjemność? Jak można oglądać zabijające się nawzajem dzieci, obstawiać, które przetrwa dłużej, ktore wygra?... Czy nie mogliśmy po prostu żyć w zgodzie, pomagać w trudnych chwilach, opiekować się sobą nawzajem zamiast niszczyć i zabijać? Niestety. Taki idealny świat nie istnieje. Zawsze znajdzie się ktoś żądny władzy i krwi, który będzie zdolny do wszystkiego. Chyba nigdy nie zrozumiem takich ludzi. Nawet nie będę próbować.
Idę właśnie ściężką biegnącą niegdyś obok mojego starego domu, tego, w ktorym się wychowałam. Teraz nie ma tam już niczego. Mimowolnie różne przebłyski wspomnień przelatują przez moją głowę. Siedzę przy kominku. Tata uczy mnie piosenek. Każdą z nich doskonale pamiętam. Mama krząta się gdzieś po kuchni, a Prim śpi już smacznie w swoim małym i dość niewygonym łóżku. Jesteśmy tacy szczęśliwi. Pomimo głodu i wszelakich problemów jakie napotykaliśmy na naszej drodze zawsze sobie radziliśmy. Naprawdę bardzo się kochaliśmy. Byliśmy sobie tak bliscy. Nigdy nawet nie wobrażałam sobie życia bez nich.
I nagle wybuch w kopalni, śmierć taty. Pierwszy bolesny cios, z którym przyszło nam się zmierzyć. Mama, jej depresja, całkowity kryzys w naszej rodzinie... A potem pierwsze dożynki Prim, mojej małej bezbronnej Prim. Tamtym razem udało mi się ją uratować, ale na jak długo? Wojna zabrała mi nawet ją. Ach, gdyby ona teraz tu była... Na pewno to wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Ale jej już tu nie ma. Nie zobaczę już więcej mojej kaczuszki. Na jej twarzy wiecej nie zagości uśmiech. Nigdy już mnie nie przytuli, nie powie już nic, co na pewno podbudowałyby mnie na duchu. To wszysko minęło bezpowrotnie, na zawsze...
Potrzasam szybko głową, bo czuję, że jeśli dalej będę w to brnąć nie dam już rady wytrzymać ponownie natastającego we mnie bólu. Gorące łzy suną po moich policzkach, a potem bezwładne spadają na ziemię. Szybko więc je ocieram, aby nikt ich nie zauważył i idę dalej. Tak bardzo brak mi bliskości drugiego człowieka, jego ciepła, silnych rąk, które by mnie objęły i kojących, a zarazem stanowczych słów szeptanych wprost do mojego ucha, zapowiadających, że wszystko będzie dobrze, że mimo wszystko życie nadal się toczy i trzeba dalej żyć. Nie ma już jednak nikogo takiego w moim życiu. Ci, których najbardziej kochałam, odeszli i już nigdy nie wrócą. Moim oczom ukazuje się właśnie wioska zwycięzców. Wygląda tak, jakby nic tu się nigdy nie stało i nie zmieniło. A tymczasem zmieniło się tu tak wiele... Zmierzam w stronę mojego domu. Jestem już prawie przy schodach do niego wiodących, gdy nagle ktoś znienacka odzywa się do mnie za moimi plecami:
— Dalej już chyba poradzisz sobie sama skarbie? — tak bardzo się wystraszyłam, że prawie krzyknęłam. No tak, Haymitch. Leciał przecież razem ze mną do dwunastki i przez całą drogę ciągnął za sobą nie tylko swój, ale i mój bagaż. Nie są wcale ciężkie, dziwię się nawet temu, po co dali nam takie wielkie walizki. Spokojnie zmieścilibyśmy wszystko w jednej, a i tak zostałoby w niej jeszcze mnóstwo miejsca, ale skoro tak bardzo o nas zadbali... Nie chciałam się sprzeciwiać.
Szybko się otrząsam i biorę bagaż od Haymitcha.
YOU ARE READING
"Together..."
Fanfiction"Dalsze losy Peety i Katniss." Czy dałbyś radę ułożyć sobie życie po stracie siostry, teoretycznie rzecz biorąc również matki i przyjaciela? Czy potrafiłbyś nauczyć się żyć sam, z dnia na dzień tracąc praktycznie wszystko, co było Ci niegdyś drogie...
