Dzisiaj od rana dzień jest bardzo mglisty. Wygląda to jakby mgła spowiła całe miasteczko zamazując jego kontury. Przez chmury lekko prześwituje słońce i niebo wydaje się chorobliwie białe. Takie samo jak coś co... nie ważne.
Las dookoła nie wydawał się opustoszały. Z mgły nie wyłaniały się żadne ptaki i nikt nie dostrzegał żadnego ruchu pomiędzy drzewami. Wszystkie zwierzęta pochowane w swoich norach i gniazdach jakby obawiając się czegoś albo co gorsza zwiastując jakieś nieszczęście nie dawały znaku życia. Gołe gałęzie nielicznych liściastych drzew wyciągały się jak pazury pragnące rozszarpać jakiegoś nierozważ-nego wędrowca. Na pozostałych zalegały śniegowe czapy, a bielutki, biały puszek pokrywał okolicę półmetrową zimniutką warstewką. I nadal padał. Jednakże nie w tym momencie.
Mimo tej depresyjnej pogody czwórka przyjaciół była zachwycona. Planowali już od dawna ten wspólny wyjazd. Już nawet Berta stała gotowa i sanie od wujka Janusza zostały pożyczone. Donata zaraz po tym jak odzyskała świadomość obudziła się, wstała z łóżka i ubrała się szybko w coś co znalazła w zasięgu ręki po czym wyszła z domu by zaprząc konia. Następnie spakowała swój plecak we wszystkie rzeczy niezbędne do przeżycia w lesie, oraz zapasy jedzenia. Mając już wszystko gotowe skierowała swoje kroki w kierunku stajni, gdzie Berta na widok ciemnoskórej dziewczynki zastrzygła uszami i... dalej przeżuwała wczorajsze siano, od ojca wujka Janusza. Kończąc przegląd opon zimowych konia, pod jej dom podeszła Klotylda, a z lasu na tyłach domu wyszedł Oswald. W tym czasie Józef bieżył boczkiem przez pola, prosto ze swojej spokojnej farmy. Kiedy wszyscy członkowie wyprawy odnaleźli się w gospodarstwie Donaty, zapakowali się na sanie i wyruszyli. Już od dawna pragnęli zorganizować biwak w lesie, a precyzując w odległej grocie ukrytej, głęboko w lesie, położonej u podnóża gór piętrzących się w oddali.
W atmosferze przyjacielskich rozmów i rozmaitych śmieszków przemierzali kilometr po kilometrze. Kiedy zaśnieżona droga którą do teraz podróżowali momentalnie się ucięła, zmuszeni wjechali na środek zamarzniętej rzeki i tą drogą ruszyli dalej.
Po wielu godzinach drogi zaczęło się ściemniać... i dzieci zaczęły odczuwać lekki niepokój. Całodzienne zmęczenie podróżą najmocniej odbiło swój ślad na Donacie, która zmuszona poganiać Bertę by utrzymywała stałe tępo i właściwy kurs, prawie zasypiała. Chociaż nie miała takiej możliwości bo cały czas była szturchana przez chłopaków, w związku z czym czuła się bardzo poirytowana. Jednak gdy Klotylda nie wiadomo skąd i kiedy krzyknęła, że są na miejscu, znużone podróżą dzieci nagle się podjarały, jakby dostały dożylnie zastrzyk cukru. Zaparkowały konia przed wejściem i bez oglądania jaskini pobiegły nazbierać drewna i chrustu na ognisko. Nie obyło się bez straszenia się nawzajem i wrzasków. Rodzice puścili te dzieci na parę dni ze względu na to, że okolica była bardzo bezpieczna. Chociaż one same dla siebie były zagrożeniem. Ale na to już nie mogli nic poradzić.
Wypad po drewno skończył się powrotem do sań(bezzbytecznych plot twistów i ofiar w ludziach). Co suchsze patyki powędrowały dojaskini, a reszta trafiła do pustych sań. Następnie wyjęte zostały z lukubagażowego wszystkie torby i zgromadzone w głębi skalnej groty. W czasie gdyDonata ze złamanym sercem, samotnie ogarniała bagaże, pozostała trójkapróbowała rozpalić ognisko.
Ciemnoskóra dziewczynka podeszła do nich, kiedy zastanawiali się jak to zrobić. 'Ktoś ma zapałki?'- padło pytanie. Odpowiedziała cisza. Spoglądali po sobie szukając tego kto okazał się największym idiotą w tym towarzystwie. Oswald uderzył się dłonią w twarz w rezygnacji, równocześnie uśmiechając się pod nosem z komiczności sytuacji. Ni stąd ni zowąd, wpadł na pomysł by rozpalić ogień kamieniami. Jak za dobrych, starych czasów. Gdy Józef siłował się z wygrzebanymi z ziemi frakcjami skalnymi.
Drugi chłopiec z sentymentem przypomniał sobie pewien deszczowy dzień, kiedy to pojechał na rodzinną wycieczkę. Mały Oswald tamtego dnia zmarznięty chronił się przed wiatrem i deszczem, byle by już wracać do domu. W strugach wody jakiś mężczyzna opowiadał im wtedy jak rozpalić ognisko w lesie. Teraz ta wiedza przydała by się z pewnością, ratując ich od śmierci z powodu wyziębienia. Szkoda, że z tamtej wycieczki pamiętał tylko liczbę koszy na śmieci które liczył po drodze wozem. Przerywając te wspomnienia ponownie jego uwaga skupiła się na nieudolnie próbującym rozpalić ogień Józku. Teraz już trzy osoby pochylały się nad chłopakiem dopingując go i udzielając wskazówek. Co poradzisz. Plan był dobry, ale wykonanie... hmm.
Nieoczekiwanie już z innej beczki Klotylda wyszła z pomysłem polania drewna benzyną. Miała ją w termosie w razie awarii konia. Nikt nie wiedział co na to powiedzieć. Warto wiedzieć, że dziewczynka była zawsze bardzo dobrze przygotowana na tego rodzaju sytuacje. Można by przypuszczać, że nawet w razie inwazji zombie by przeżyła. Chociaż jej propozycja była całkiem sensowna to Józef spojrzał na nią z politowaniem. Pomyślał, że chyba jest głupia jakaś czy co. Pff, mokre drewno przecież się nie pali. Co to w ogóle była ta benzyna...? Zastanowił się chłopak. Raptem sfrustrowana Donata wyrwała termos z ręki Kloci i chlusnęła benzyną bezołowiową na drewno, wyciągnęła z kieszeni różowych leginsów zapalniczkę i podpaliła stos. Drewno buchnęło słupem ognia. Wszyscy momentalnie odskoczyli od ogniska z wyjątkiem Oswalda, który się troszkę spóźnił i przypalił sobie blond czuprynę. Przez to wyglądał na jeszcze niższego niż był wcześniej, chociaż nie smuciło go to zbytnio bo w towarzystwie Klotyldy nie czuł się jakoś poszkodowany tymże faktem(tzn. nie była od niego dużo wyższa). Co więcej, pojawienie się źródła ciepła wprawiło grupkę w dobry nastrój. Każdy wyciągnął sobie jakieś jedzenie i herbatę w termosie(oprócz Klotyldy, bo w jej termosie znajdowała się benzyna).
Donata zaczęła luźną rozmowę chwaląc się jak ostatnio rozpoczęła swoją naukę walki u szkolnego WF-isty znaną pod mroczną nazwą Aiki-DO. Zapytana co tam robi udzieliła wymijającej odpowiedzi, po czym zmieniła temat. W międzyczasie Oswald rzucał śmiesznymi tekstami i grał na fortepianie, Józef bez wyrazu wpatrywał się w ogień słuchając Donaty, a Klotylda pisała list do swojego ojca w Wietnamie. Planowała, że pewnego dnia, jako dorosła i niezależna kobieta wstąpi do wojska i wyruszy do Afganistanu walczyć z talibami tak jak jej ojciec. Lecz na chwilę obecną była 11-letnią dziewczynką z Syberii i musiała niestety ogarnąć downa sobie z tym poradzić.
W tym czasie Donata zastanawiała się czy nie zaproponować przyjaciołom czegoś fajnego... W końcu jednak z wahaniem zrezygnowała z tego pomysłu. Szczęśliwa była, że może się tak z nimi spotykać puki jeszcze żyje. Z uśmiechem ukradła Józefowi kolejną kanapkę z ziemniakiem. Gdy chłopak próbował ją odebrać odpowiedziała, że jego klątwa go dopadła, a Klotylda wybuchła entuzjastycznym śmiechem i zakosiła mu drugą. Chłopiec poczuł się oszukany. Więc boczkiem zachachmęcił jedzenie Oswalda. Ten tego nie zauważył więc każdy starał się zachować pokerfejsa by się nie zdradzić. Nie poszło to im dobrze i zaraz ktoś parsknął śmiechem oraz zaczął tarzać się po podłożu. Wszyscy dobrze się bawili jak na razie. I trudno było by nie wspomnieć jakim Donata była pociesznym i wesołym dzieckiem...
Chociaż mogła zdjąć ten tenisowy daszek przy ognisku.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
YOU ARE READING
PIECZARKI
HorrorDzieci + grota + plansza do chińczyka = pieczarki Demon zagraża małej wiosce na Syberii. Wiele dzieci pada ofiarą pieczarek. Tajemnicze zaginięcia, intrygi i klątwa Krystiana. Coś idealnego dla fanów horroru psychologicznego z elementami sci-fi. Ku...
