Rozdział I: Początek

43 2 5
                                        


Na chodnik chlusnęła krew. Obiecał sobie, że więcej tego nie zrobi. Lecz tym razem to nie on był prowokatorem. Powstrzymywał się, lecz ciągłe słuchanie obelg pod adresem swoim oraz rodziców, zmusiło go do rękoczynów. Poczuł zapach krwi i dostrzegł ugryzienie na swojej ręce. Od rany zaczęły się rozrastać czarne wzory. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że te wzory to nic innego jak jego żyły, które nigdy nie były tak widoczne i tak czarne. Przeraził się. Patrzył na swoją rękę z obrzydzeniem. A czarne linie coraz szybciej postępowały ku barku, aby następnie rozdzielić się na plecy i klatkę piersiową. Zaczął krzyczeć. Drapać się zdrową, prawą, dłonią po ciele tworząc bolesne zaczerwienienia. Złapał głęboki oddech. Poczuł jak rześkie powietrze działa na niego uspokajająco. Usłyszał śmiech. Spojrzał na osobę, którą przed paroma chwilami obalił na ziemię. Jego twarz była w tragicznym stanie, nie mówiąc już o ręce, gdzie w miejscu przedramienia wystawała żółtawa kość. Obok leżącego powiększała się plama krwi, lecz mimo tego śmiał się, krztusząc się jednocześnie. W pewnym momencie jego twarz nabrała poważnego wyrazu. Spojrzał mu w oczy. Ten bojąc się odsunął się kawałek. Pobity zaczął coś szeptać, z początku brzmiało to jak agonalny bełkot, lecz gdy się nachylił powoli rozumiał pojedyncze słowa, później już całe zdanie, które konający wypowiadał jakby było nagrane – bez emocji, bez akcentowania, jakby syntezator mowy, lecz ludzkim głosem – powoli cichnąć. Gdy jego szept przestał być prawie słyszalny, nachylił się mocniej i w tym momencie leżący zaczął krzyczeć. Darł się jakby go obdzierano ze skóry. Bohater odskoczył. Po chwili oponent zamilkł. Prawie natychmiast zaczął czernieć, skóra zaczęła pękać i rozpadać się ukazując mięśnie i połączenia nerwowe, które chwile później też się rozpadły pozostawiając tylko popiół w kałuży krwi. Serce omal mu nie wyskoczyło przyglądając się tej scenie rodem z horrorów. Nie miał pojęcia co przed chwilą zaszło. Spojrzał na swoje ręce. Jedna jakby ktoś pomalował mu ją markerem wzdłuż żył, druga całkowicie normalna. Bał się, ale nie mógł udać się do szpitala, bo wzięli by go za wariata, słysząc opowieści nabycia tych specyficznych „ran". Najbardziej go przerażało zdanie, które wypowiadał jego oponent chwilę przed śmiercią. Po przelaniu tego na papier wyglądałoby to mniej więcej tak „otad oh olleuq erazzilitu"

Z chwili zamyślenia wyrwał go głos:

- Zostaw go Leo, nie warto się...- urwał, podbiegł bliżej- gdzie on jest? O co tu chodzi?- zasypywał go pytaniami coraz bardziej zaskoczony, co nie było dziwne, bo rzadko się widzi ubrania leżące w popiele i kałuży krwi. Złapał przyjaciela za barki i zaczął nim potrząsać.

-C-co się tu stało?! Gdzie się podział Jefferson? Odpowiedz!- krzyknął. Wtedy Leo, jakby się obudził, zaczął się cały trząść, spojrzał na przyjaciela i wycedził – Ja naprawdę nie wiem co tu zaszło, słyszałeś jak obrażał mnie i moją matkę?

-Tak, pobiegłeś za nim, później słyszałem krzyk, to przybiegłem- odpowiedział przyjaciel- Ale o co tu chodzi?

-Sam nie wiem, zaczęliśmy się szarpać – opowiadał drżącym głosem – przytrzymałem go, uderzyłem go z „główki" w nos, to złapał się na twarz i widziałem, jak spomiędzy palców wypływa krew, chciałem wyprowadzić mu jeszcze parę ciosów na twarz, lecz przy pierwszej próbie złapał moją rękę i wgryzł się w nią skurwysyn, jakby nie jadł nic od tygodnia, a moja ręka byłaby zapiekanką. Odskoczyłem na bezpieczną odległość – mówił coraz bardziej chaotycznie – zaczął się zbliżać, podskoczyłem i kopnąłem go w okolice karku i żuchwy, wtedy się wywrócił. Patrz co mi się stało po jego ugryzieniu – pokazał przyjacielowi rękę. Ten otworzył usta ze zdziwienia i powiedział – Stary nie wiem co tu się stało ale to wygląda zajebiście! - dopiero teraz zauważył tysiące cienkich i grubszych linii na całej powierzchni lewej ręki swojego przyjaciela – Obiecaj, że nikomu nie powiesz co tu widziałeś, a to co mam na ręce uznajmy za innowacyjny tatuaż – poprosił Leo, chociaż wiedział, że może mu ufać bezgranicznie – zmywajmy się stąd zanim nas ktoś zobaczy.

Weszli do wynajmowanego przez Leonarda mieszkania, które składało się z salonu z aneksem kuchennym, małej sypialni i toalety. Zwykłe studenckie mieszkanie, z małym wyjątkiem. Na każdej ze ścian, w odległości niewiele większej niż siedem centymetrów, wisiały obrazy, wykonane farbami, pastelami, czasem samym ołówkiem. Tworzyły swego rodzaju galerię. Fascynujące było to, że każdy z obrazów był wykonany przez Leonarda. Postaci narysowane przez niego, wyglądały jakby były zatrzymane w czasie, a pejzaże wykonywał z taką dokładnością, że czasem można było się pomylić, czy to przypadkiem nie okno. Każda z prac mierzyła siedemdziesiąt centymetrów wysokości i trzydzieści centymetrów szerokości. Pod każdym z nich była aluminiowa płytka o wymiarach siedem na trzy centymetry, na której widniał tytuł i data ukończenia. Nie było wśród obrazów gorszego pokroju, w końcu imię zobowiązuje.

Udali się do salonu, Leo wyciągnął półlitrową butelkę whiskey z barku postawił ją na stole i udał się do kuchni po jakiś napój. Chciał się uspokoić. Przyniósł dwie szklanki, na których dnie leżały po dwie kostki lodu. Wlał do szklanek złocisty trunek i dolał Coli. Pociągnął głęboki łyk, odetchnął i usiadł na fotelu. Jego przyjaciel uczynił podobnie, i usiadł po drugiej stronie stoliku na niewielkiej, dwuosobowej sofie. Leonard wyjął spod stołu kartkę i coś do pisania, a następnie zapisał słowa, które usłyszał od „człowieka", z którym niecałą godzinę temu miał nieprzyjemne spotkanie.

-Jessie, co to może znaczyć?- zapytał nie ukrywając złości. - A co to jest, o co ci chodzi?-zapytał przyjaciel. W odpowiedzi usłyszał- Nie mam bladego pojęcia, ale zamierzam się dowiedzieć- gdy skończył wypowiedź, wypił trunek do końca i oczekiwał na przyjaciela, aż ten też skończy z zamiarem przyrządzenia kolejnego drinka. Opróżnili butelkę w przeciągu godziny. Rozmawiali na temat całej tej sytuacji, nie dochodząc do żadnych konkretnych wniosków stwierdzili, że poszukają rozwiązania po zajęciach następnego dnia. Jessie pożegnał się z przyjacielem i wyszedł, pozostawiając Leonarda z całą masą pytań. Włączył telewizję, rozsiadł się wygodnie i nawet nie zauważył, kiedy zasnął.


You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Oct 23, 2016 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

MalarzWhere stories live. Discover now