- Wychodzisz gdzieś? – Wzrok mojej mamy sugeruje, że nie podejrzewa mnie o takie szalone czynności jak opuszczenie domu – mimo tego nadal pyta. Grzeczność. – Wychodzisz czy nie?
- Nie – burczę, mieszając łyżką jeszcze gorącą owsiankę. – Będę pilnować domu. – Ignoruję jej krzywe spojrzenie i rozpoczynam spożywanie mojego popisowego dania. – Kup mi coś jak będziesz w mieście.
- Sama sobie kup – prycha jak obruszony kot, po czym odwraca się, chwyta wiszącą na oparciu krzesła torebkę i ostentacyjnie opuszcza nasze urocze gniazdko.
Jem dalej.
W sumie owsianka nie jest zła. Znam wielu ludzi, którzy marudzą, jaka to ona niedobra, mazista i kleista, ale mi to zupełnie nie przeszkadza. Czasem dorzucę do niej łyżkę miodu, orzeszki albo banana, jednak najczęściej spożywam ją bez żadnych fikuśnych dodatków. Taką bez wyrazu.
Całkiem podobną do mojego życia.
Boże drogi, zaczyna padać. Przeżuwam owsiankę, jednocześnie spoglądając na ekran telefonu, wyczekując aż pojawi się na nim wielki napis MAMA. Zapomniała parasolki. Zadzwoni jak nic.
Oczywiście, że mam rację. Już po chwili jestem zmuszona opuścić mój niedokończony posiłek i odziać się w przypominający wielką folię płaszczyk, ponieważ z jakiegoś nieokreślonego powodu mamy w domu tylko jeden przyrząd służący do ochrony przed deszczem. Zimno uderza mnie w twarz – nienawidzę polskiego lata. Smerfne piętnaście stopni, wiatr, wilgotność powietrza wynosząca średnio sto procent. Dawno nie było tak cudownego sierpnia.
Spotykam mamę pod Stonką, daję jej parasolkę, patrzę, jak oddala się w kierunku swego miejsca pracy, a następnie stwierdzam, że zamiast od razu wracać do domu, wstąpię do owego sklepu. W kieszeni mam nawet całe dziesięć złotych. Bogactwo jak się patrzy. Nawet wrota same się przede mną otwierają. Wchodzę więc, starając się wyobrazić sobie, że wcale nie odczuwam lęku.
Gówno prawda.
Co mnie napadło? Właśnie z własnej, nieprzymuszonej woli wlazłam do budynku, w którym zawsze jest zbyt wielu ludzi. Nie wytrzymam tu ani chwili dłużej. Odwracam się, gotowa na natychmiastową dezercję – niestety, na swej drodze napotykam jakąś niezidentyfikowaną przeszkodę i uderzam miejscem, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę, o zimną i ubłoconą posadzkę.
- O rany. Przepraszam. – Chłopak jest wysoki, niebrzydki i wyraźnie przejęty. Wyciąga w moim kierunku dłoń. – Moje ruchy bywają nieskoordynowane.
- Moje również – mruczę, wstając bez jego pomocy. Jest to niemałe zaskoczenie – nie spodziewałam się, że jestem w stanie wstać trzęsąc się aż tak bardzo. Zazwyczaj nie rozmawiam z obcymi.
Zazwyczaj nie rozmawiam z ludźmi.
Chyba doznaję lekkiego wstrząsu mózgu – dopiero w domu zdaję sobie sprawę, że kupiłam banany.
Szok.
Owsianka nabrała wyrazu.
***
Nie byłam w stanie przestać myśleć o moim szalonym spotkaniu. Powody były dwa.
Po pierwsze – upadając, moja wiadoma część ciała ucierpiała bardziej, niż na początku myślałam i bolała nadal.
Po drugie – dawno nie spotkałam człowieka.
Nie chodzi o to, że nie wychodzę z domu, męczę się z chorobą psychiczną czy czymś takim. Aspołeczna jestem, fakt, ale do granic przyzwoitości. Po prostu od zawsze utrzymywanie kontaktów towarzyskich oraz nawiązywanie znajomości uważałam za zbędne i w pewien sposób uciskające. W końcu każdy ma jakiś priorytet w życiu.
Ja na pierwszym miejscu postawiłam sobie wolność. W każdym tego słowa znaczeniu. Nie jestem matematycznym geniuszem, ale proste równanie potrafię rozwiązać. Wolność równa się samotność. Zawsze tak było i zawsze tak będzie.
- Cholera, cebuli zapomniałam – marudzi mamuśka. – Idź kup.
Nie protestuję. Biorę grube miliony leżące na stole i wytaczam się z mieszkania, jednocześnie karcąc się za własną głupotę. Doskonale wiem, że nie opuściłam mojej bezpiecznej nory by sprawić rodzicielce przyjemność. To jedynie doświadczenie naukowe.
Sprawdźmy, czy los jest nieprzychylny mojemu myśleniu.
No i co? I jajco.
W warzywniaku stoi człowiek, z którym się wczoraj zderzyłam. To niezaprzeczalny fakt. Przez chwilę spogląda na mnie, ale jednak szybko odwraca wzrok. Nie dlatego, że jest speszony czy też odwrotnie – że zakochał się we mnie od pierwszego zderzenia. Nie, nie, nie. Po prostu mnie olewa.
Kupuję cebulę. I płatki owsiane.
Tym razem będą pozbawione dodatków.
***
Czasem żałuję, że nie urodziłam się w epoce Schopenhauera. Naprawdę. Dogadalibyśmy się świetnie, może nawet razem stworzylibyśmy coś jeszcze większego. Poziom pesymizmu w mojej krwi jest wprost proporcjonalny do jego.
Deszcz leje i leje, tłucze się w okna. Mam dość. A potem będzie typowe dla pierwszych szkolnych dni:
- Co robiłaś w wakacje?
- Spałam.
- Jadłam.
- Aj wybacz, zapomniałam. W Stonce zderzyłam się z jakimś przystojniaczkiem. Nawet przez chwilę pomyślałam, że to ten jedyny, książę z bajki na białym koniu, ucieszyłam się, że nie jest przeznaczony mi jakiś „omnadrenowy rycerz", ale potem ogarnęłam, że to wszystko było efektem nieustannego siedzenia w domu połączonego z oglądaniem seriali i czytaniem dzieł z zacnej epoki pesymizmu. Świetne wakacje, nieprawdaż?
Przynajmniej nikt mnie do niczego nie zmusza. Chociaż tyle. Z tego, co słyszałam, połowa mojej klasy ostro haruje praktycznie cały czas.
Chociaż moje najbardziej emocjonujące przeżycie podczas tego cudownego urlopu od szkoły było krótkie i banalne, to jednak utwierdziło mnie w przekonaniu, że kontakty z ludźmi, nawet chwilowe, nic dobrego mi nie przyniosą. Jedyne, co mogą zrobić, to związać umysł i nałożyć kajdany na wyobraźnię.
Idę jeść owsiankę.
Krótko mówiąc – smacznego.
YOU ARE READING
Smacznego
RandomCoś początkowo stworzone na konkurs. Nie wygrałam, nawet do finałowej piątki się nie dostałam. Cóż, żyje się dalej ;D Tymczasem łapcie. Wymiar raczej nie przyziemny, szukać głębiej polecam :D
