Klucz wiolinowy

61 3 3
                                        

Przysiadł na zimnej ławie pod oknem. Obłoczek ciepłej pary uleciał z jego sinych od mrozu ust i rozpłynął się w wątłym blasku lampy naftowej, która stała za szybą nikle oświetlając skromny ganeczek. Zmęczone oczy mężczyzny co chwilę się zamykały, potem jednak otwierały aby znów ciężkie powieki opadły przysłaniając mu widok.

Potarł swój nos zmieniający już nieco swoją barwę na czerwony i naciągnął wyżej szalik. „Trochu zimno" - pomyślał i jakby z wyrzutem spojrzał na drobniusieńkie płatki śniegu, jakie spokojnie padały z nieba tańcząc maleńkie piruety. O delikatne, lodowe gwiazdki załamywało się nikłe światło padające zza koronkowych, nieco babcinych firanek.

Wysłużony termometr z rtęcią przymocowany do okiennicy zwykłym sznurkiem wskazywał dwadzieścia trzy stopnie Celcjusza poniżej zera. O ile temperatura podskoczy, a śnieg zacznie się lepić, może będzie przynajmniej z niego pożytek. Dzieci ulepią bałwana z pięciu kul, albo poobrzucają się śnieżkami i wrócą przemoczone do suchej nitki, jak to miały w zwyczaju czynić już drugi rok z rzędu. „Jak się bawić, to na całego" - tłumaczyli chłopcy wybywając na pole jeden po drugim, koniecznie w kolejności od najmłodszego do najstarszego. Zwykle nie mieli nawet czasu aby się porządnie ogrzać i wysuszyć, bo już ciągnęło ich spowrotem na śnieg.

Mężczyzna ziewnął przeciągle i chcąc się nieco rozruszać, zaczął tupać prawą nogą do melodii nuconej cicho pod nosem: tam-param-tam, tam-taram-pam, tam-param-tam-taram-pam... Dopiero gdy głowa znów opadła mu na pierś , uprzytomnił sobie, że mruczy pewną urokliwą kołysankę, jaka wybitnie wyryła mu się w pamięci.

Utkwił wzrok swoich szarych oczu w jaśniejących na granatowej tkaninie nieba gwiazdach, które niczym najkosztowniejsze klejnoty migotały do niego dobrotliwie i kojąco. Zaśnieżone podwórko, zupełnie jak ogromne lustro odbijało jasną poświatę, rzucaną przez błyskający w górze srebrem sierp księżyca. Zimny wiatr zawiewający od wschodu zagwizdał cichutko pomiędzy uśpionymi drzewami, poruszając przy okazji ich nagimi lub iglastymi, jakby najeżonymi zielonymi szpileczkami gałęziami. „Nie zasypiaj. Posiedzimy tutaj razem" - szeptał z obcym akcentem rozdmuchując płowe włosy sennego człowieka. Przybył aż tutaj aby przekazać najnowsze wiadomości burym wróbelkom, które zaraz poinformują sikorki skubiące słoninę przy karmnikach i ponure gawrony kraczące smętnie na płotach. Wieść, którą wszystko na raz zdawało się wprost wykrzykiwać była jednoznaczna: przyszła prawdziwa zima.

„Aj, sroga będzie, sroga - myślał mężczyzna gładząc się w zadumie po zimnym i szorstkim policzku. - Będą mieli roboty". Ciepłe lato uśpiłoby jego obawy swoim słodkim zapachem, ale gdy mróz ścina powierzchnie jezior i gdy wyziębiony wiatr dmie znad północno-wschodnich nizin, sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Przecież trzeba było czymś palić w kaflowym piecu, latać z wiadrami nad rzekę, gdyż woda często zamarzała w rurach, odśnieżać... A jego siostra mieszkała tu sama z piątką dzieci, z których najstarsze ukończyło całkiem niedawno dziesięć lat, najmłodsze zaś - trzy. Dobre to chłopaki, ale nie można było powiedzieć, że z nich prawdziwe aniołki.

Oczy znów zaczęły mu się kleić, toteż aby odgonić zmęczenie przetarł je porządnie, a gdy i to niezbyt podziałało, sięgnął za pazuchę ciepłego płaszcza. Wzdrygnął się mimowolnie, kiedy poczuł przez świeżą, bielusieńką koszulę dotyk swojej lodowatej dłoni. Chwilę później w jego zgrabiałych palcach pojawiła się ulubiona fajka. Ubił tytoń, a wyszukawszy w kieszeniach niewielkie pudełko ze znikomą ilością zapałek, rozpalił jedną i przytknął do wnętrza główki.

Przyglądał się chwilę płomykowi tańczącemu wdzięcznie na końcówce dopalającego się patyczka. Dzięki siarce był niebieski. Przechodził potem w kolor pomarańczowy, a na końcu - w żółty. Pomachał w powietrzu zapałką gasząc tym samym ogień. „No, ostatnia fajeczka" - pomyślał uśmiechając się jakoś bez przekonania i wetknął ustnik do buzi. Dla zabawy wypuszczał z ust dymne obręcze.

Szybko mu się to jednak znudziło i znów pogrążył się w rozmyślaniach. Były to myśli pesymistyczne, zupełnie do niego niepodobne. Ściągnął brwi. Zmarszczki między nimi jeszcze bardziej się uwydatniły i stały się jeszcze bardziej widoczne niż zwykle, nadając jego twarzy ponury i zasępiony wyraz. Cały czas jakiś cichy głosik powtarzał w jego umyśle następujące słowa: „a co jeśli...? A co jeśli...?". I tym zmartwieniom nie było końca. Rzecz normalna i powszechna. Przecież dorośli zawsze mają jakieś sprawy i troski.

Ziewnął przeciągle, gdy znów zawiało zimnem. Powoli zaczynało mu się kręcić w głowie. Nie był już pewien czy to z głodu, jaki zaczynał mu doskwierać, ze zmęczenia, czy po prostu za dużo myślał. Przymknął oczy i zaciągnął się dymem z fajki. Spięte mięśnie rozluźniły mu się automatycznie. Stwierdził, że lepiej będzie jak przestanie w końcu szukać problemów tam, gdzie ich nie ma i od razu spojrzał na świat jakby spokojniej.

Zimny wiatr dmuchający do tej pory, przybrał chwilowo na sile. Rozhulał gałęzie drzew i zagwizdał donośnie na pocieszenie: „będzie dobrze. Zobaczysz".

Ale mężczyzna był głuchy na jego słowa.

„Gdyby tak się zastanowić - olśniło go nagle - to przegapię śniadanie".

Nie pamiętał już konkretnie co było dalej, gdyż poddał się ogarniającej go od jakiegoś czasu wielkiej senności, która, czy tego chciał czy nie, przeniosła go w końcu do krainy iście dziecięcych fantazji. Jak przez mgłę pochwycił dźwięk uderzającej o coś fajki, która wypadłszy mu z buzi potoczyła się w kierunku ośnieżonych schodków.

Rankiem dzieci dla zabawy wyzbierały popielate piórka, które ten sam wiatr, co towarzyszył w nocy pewnemu mężczyźnie, rozdmuchał po ogrodzie.

Etiuda na trzy wróble strunyStories to obsess over. Discover now