Dzień jak każdy. Pogoda, która aktualnie panowała w Londynie, sprawiła, że całe miasto w pewnym sensie ogarnęło przygnębienie. Na ulicach każdy się spieszył, przepychał między sobą rzucając obraźliwe słowa do osób, które nie zawiniły mu niczym. Możliwe, że to przygnębienie udzieliło się też mi. Rano pokłóciłem się z Louisem o błahostkę jaką było pozmywanie naczyń. Niby nic takiego, a wyszedłem z domu trzaskając drzwiami. Nie odzywaliśmy się do siebie cały dzień, a zawsze wysyłamy do siebie kilka smsów, gdy jesteśmy w pracy, żeby po prostu wiedzieć jak się czujemy, albo zapytać o to kto odbierze dzisiaj dzieci, jeśli nie uzgodniliśmy tego poprzedniego wieczoru. Dzisiaj była moja kolej. Po skończonej sesji podjechałem pod przedszkole, bo pomyślałem, że odbiorę dzieci trochę wcześniej, skoro koniec roku i tak zbliżał się wielkimi krokami. Louis miał własną firmę, często przychodził zmęczony do domu- póżnym wieczorem oczywiście, albo czasami nawet w ogóle nie wracał tłumacząc się brakiem pracowników, którzy są na urlopie i rzeczami, które musi za nich nadrabiać. Nie rozumiałem tego, bo przecież mógł poprosić jednego ze swoich pracowników i zapłacić mu dodatkową sumę, nikt nie kazał mu siedzieć w firmie po nocach..
Już po chwili Zoey i William siedzieli na swoich miejscach z tyłu. Tak jak codziennie zaczęli opowiadać o tym, jak minął im dzień, i nawet pierwszy raz przyznali się, że dostali uwagę bo się "pobili". Na pytanie kto zaczął? Usłyszałem "Zoey" i "William", więc jak zwykle nie dowiedziałem się praktycznie niczego. Zapisanie bliźniaków do tej samej grupy było głupim pomysłem, ale z takich pomysłów właśnie słynie mój mąż. Głupich. Po długiej jeździe do domu(kolejnym głupim pomysłem było wybudowanie domu na obrzeżach miasta i zapisanie dzieci do przedszkola w centrum, zamiast tego tuż obok naszego domu)zatrzymałem się na podjeździe. Wysiadłem z samochodu i wyciągnąłem dzieciaki. Otworzyłem garaż, żeby mogły wejść do domu i westchnąłem głośno widząc, że nie ma samochodu Louisa, chociaż miał wziąć dzisiaj wolne. Chwyciłem plecaki dzieci i wszedłem do domu przez garaż, wcześniej zamykając od niego drzwi. Rozebrałem się i kilka razy krzyknąłem imie Louisa mając nadzieje, że jest w domu- ale odpowiedziały mi tylko ciche śmiechy dzieci dobiegające z ich pokoju. Westchnąłem głośno i odwiesiłem swój płaszcz w przedpokoju. To było typowe. Nigdy go nie ma. Nawet jak ma mieć wolne znika na cały dzień, wraca tłumacząc się, że musiał coś załatwić, zagląda na chwile do dzieci i kładzie się do lóżka bo jest zmęczony. Nie pamiętam, kiedy spędziliśmy dzień razem, naprawdę.
Wszedłem po chwili do naszej sypialni i zmarszczyłem mocno brwi widząc chaos jaki w niej panuje. Wszędzie dosłownie wszędzie były porozrzucane ubrania, moje ubrania. Drzwi od szafy były w połowie urwane, trzymały się na jednym zawiasie. Nasze zdjęcia, które wisiały na ścianie leżały na ziemi.. roztrzaskane. Podszedłem bliżej do szafy i zamarłem widząc, że nie ma w niej żadnych ciuchów Louisa. Zbiegłem od razu do garażu i otworzyłem szafke, w której trzymaliśmy walizki. Brakowało dwóch. Uciekł? Od razu zaczęło robić mi się gorąco, a łzy same spływały po moich policzkach. Wszedłem znów do środka i usiadłem na schodach, które prowadziły na górę. Wyciągnąłem drżącymi rękami telefon z tylniej kieszeni spodni i przełknąłem głośno ślinę. Wybrałem numer mojego męża i usłyszałem tylko. "Cześć, dodzwoniłeś się do Louisa. Wyjechałem. Jeśli chciałem, żebyś o tym wiedział zostawiłem ci mój nowy numer". Pokręciłem głową i rozłączyłem się niemal od razu mamrocząc pod nosem, że to nie może być prawda. Po chwili poczułem jak ktoś ciągnie mnie za rękaw bluzki. Podniosłem głowe i otarłem szybko łzy, gdy zorientowałem się, że to Zoey.
-"Co się stało, maleństwo?" Wymamrotałem starając się nie rozpłakać, nie chciałem, żeby Zoey pomyślała, że coś się stało, ale pewnie i tak słyszała, że płakałem. Pocałowałem ją w czoło chcąc powiedzieć, że wszystko jest dobrze. Patrzyła na mnie przez chwile swoimi dużymi oczami, aż w końcu ciche pytanie opuściło jej usta.
"Gdzie jest tatuś?"
YOU ARE READING
where's daddy?
Fanfiction"moim największym błędem nie było kochanie go" "a co, tatusiu?" "myślenie, że on też mnie kocha"
