Hiroki już miał przeskoczyć obrośnięty mchem kamień, gdy nagle potknął się o masywny korzeń wystający spod ziemi. Upadł na plecy i pokoziołkował w dół stromego zbocza. Uderzył głową o pień i, gdyby nie hełm pewnie już by nie żył. Na zielono czarnej stali odbiło się wyraźne wgniecenie w kształcie filiżanki. Na szczęście tabliczka z monem klanu nie została uszkodzona. Wstał, a następnie otrzepał się energicznie - "teraz już po mnie"- pomyślał zaniepokojony. W słońcu wyraźnie było widać jego sylwetkę. Na sashimono umieszczony był znak, symbol rodu Chosokabe. Czarna flaga powiewała delikatnie muskana przez wiatr. Wydawało mu się przez chwilę, że widzi starca z gór. Była to najprawdopodobniej jedyna osoba, która zgodziła by się mu teraz pomóc, choć z duchami nigdy nie wiadomo. Nigdzie nie było widać żywych ludzi. Dzień dobiegał końca, a Hiroki dopiero teraz zdał sobie sprawę jak daleko musiał polecieć wywracając się kilkadziesiąt metrów wyżej. Na drodze stała mu ściana nie przebytej zieleni. Coś cicho poruszało się w krzakach, dobył swoją katanę ,którą nazwał Kasai (tzn. Ogień). Przeważnie samurajowie nazywają swe miecze, jednak nie jest to obowiązek. Jego został wykuty w wiosce o tej samej nazwie, dlatego też z chęcią przyjął tak ową nazwę. Na ostrzu i klindze błyszczały płomienie, które jak mu się zdawało zagrzewały do walki. Już miał zadać śmiercionośny cios w stronę zasośli, gdy wyłoniła się z nich szara maska Saburo. Jednego z ostatnich schinobi klanu. Gdy wstał z krzaków, zmierzył go pytającym wzrokiem typowego ninjy. Był średniego wzrostu , wysportowany nie wyróżniał się w tłumie. Jak to przystało na jego zawód nosił ukrytą broń. Jedynym uzbrojeniem jakiego nie starał się ukryć było zwykłe krótkie tanto. Bez żadnych ozdób. Przystosowane tak by łatwiej było je chwycić w lewej ręce. To jedna z jego taktyk. W chwili, kiedy on ćwiczy z praworęcznymi lewą dłonią, wrogowie robią to prawą. Nie przygotowani nie mają nawet czasu by zareagować na spadający cios.
- Wybacz Saburo, myślałem, że to może wrodzy ashigaru, albo co gorsza samuraje. Ale gdyby to był Gozu Kona porachował bym się z nim. Niby wielki wódz i niby kultywuje kodeks bushido, ale tak naprawdę za koku honoru. W starciu jeden na jeden nie miałby szans.- odsapnął, cechowała go niezwykła wiara w siebie, honorowość, i cierpliwość, gdyby nie to jego przyjaciel byłby już zapewne martwy ,podziurawiony ślepymi ciosami.
- Trzeba iść panie - lekko się ukłonił po czym dodał- bitwa skończona, Tosa bezpieczna, jednak straty można uznać za równe, wracajmy do obozu, reszta armii czeka na rozkazy, narada również sama się nie zwoła.- kolejny raz się ukłonił i nie czekając już na żadne polecenia dał susa w kierunku rzeki, przeskakując ją i biegnąc w stronę polany.
- Tak, tak idź i nie czekaj. Cholerny ninja.
Znali się dobre dziesięć lat. Saburo pamiętał jeszcze, gdy jako małe dzieci rozrabiali w kuchni zamkowej denerwując służbę, która nic nie mogła poradzić. Grali na garnkach i walczyli chohlami. Zwykle kończyło się to krótką reprymendą nie żyjącego już dziś ojca Hirokiego Motochiki. On zawsze na dużo pozwalał. Uważał, że prawdziwy samuraj da sobie radę wszędzie i w każdych okolicznościach. Nie przeszkadzało mu więc zachowanie syna. Martwił go jedynie los jego przyjaciela, którego pochodzenie nie pozwalało na bycie samurajem. Pochodził on bowiem z wiejskiej rodziny bez nazwiska. W związku z tym awansować na wyższe stanowisko mógł tylko wtedy, gdy zasłuży się dla rodu i wyznaczy go dajmio. Lata mijały, dzieci poważniały. Motochika był coraz bardziej spokojny o ich przyszłość. Chłopiec ze wsi okazywał większe zainteresowanie skrytobójstwem niż otwartą walką. Oprócz tego rozpoczął naukę gry na sakuchachi co z czasem przyniosło efekty i zaczęło umilać wspólnie spędzone chwile. Wkrótce wielki Pan Chõsokabe zmarł w wysokiej gorączce i wszystko stanęło pod dużym znakiem zapytania.
Hiroki niby obrażony, na niższego rangą dowódcę, ba przecież on był daimyo, a Saburo zwykłym schinobi, lecz ich wieloletnia znajomość , wręcz przyjaźń nie pozwalała na niesnaski między nimi. Ruszył więc żwawym krokiem, po drodze zatrzymał się przy rzece by ugasić pragnienie, miała najmniej 7 metrów szerokości. Niepojmował zdolności ninja, którzy z pewnością przeskoczyliby jeszcze dalej, i to w pełnym uzbrojeniu. Zastanawiał się jaki wynik udałoby mu się uzyskać. Trzy może cztery metry? Więcej na pewno nie. Przecież nie znał technik, a wysoki raczej nie był. Południowe słońce przebijało kwitnące drzewa gorącymi promieniami. Powietrze było duszne i wilgotne, nieprzyjemne, droga ciężka. Szedł około trzydziestu minut, w zębach trzymał źdźbło zielonkawej trawy, która utkwiła w rzemyku zbroi najprawdopodobniej, gdy spadał z góry. Delektował się jej świeżym orzeźwiającym zapachem i smakiem. Była słodka. Idąc przez polanę wspiął się na kamienny nasyp zza którego wydobywał się dym. Objął wzrokiem miejsce boju. Po bitwie zostały już tylko trupy koni i poległych, a także ich towarzysze szukający rannych czy nieprzytomnych. Zaśmiał się serdecznie widząc, że rozgromili wroga. Schodząc poślizgnął się na wilgotnych od wczorajszego deszczu skałach. Podniósł sztandar leżący w kałuży zmieszanej krwii z błotem i triumfalnie nim zamachał. Chyba już zapomniał, że ledwo przed chwilą zdołał oszukać śmierć.
Na polu czekał już generał Kazusa. W ręku trzymał lejce od wierzchowca Hirokiego Sakury.
Czarny koń jak zwykle, gdy ujrzał swojego Pana zaczął wierzgać z ulgą.
- Jak straty?
- Jakie straty?
- Ha! Saburo się mylił. Rozumiem. Bardzo dobrze. A wróg?
- Jaki wróg? Gozu uciekł z niedobitkami. Linia frontu szybko przesuwa się na północ. Panie ...
- Tym lepiej. Przenocujemy na polu. W lesie może być nie bezpiecznie. Odmówimy sutrę za zmarłych a jutro z rana ruszymy w pościg. Na dzisiaj dość emocji. Zawołaj Saburo. Musimy porozmawiać.
- przerwał mu. Szczerze mówiąc to nie przepada za nim. Staruszek bardzo lubi stawiać na swoje a jednocześnie jest niezdecydowany, co często sprowadza kłopoty.
- Panie nie jesteśmy do końca bezpieczni. Wrodzy ninja mogą być w pobliżu. Zalecam...
- Wezwij Saburo! - znów przerwał, jednakże teraz poddenerwowany podniósł ton. - Na nic mi twoje zalecenia dopóki nie zbierzemy rady. Saburo, Ty, Ja, Daiki, Mitoshige i Shirosama. Bez chociaż jednego z nich nie rozmawiamy.
- Tak jest. - odpowiedział zawiedziony. - Ich też zwołać?
- Ich powiadomię osobiście. Idź już!
Kazusa splunął na bok i odszedł ociągając się.
W krótce zaczęło się sciemniać i nastał wieczorny chłód. W powietrzu wisiał odór śmierci.
Pustą przestrzeń wypełniły skromne namioty wojskowe oraz ogniska. Po środku obozowiska rozstawiono największy z nich. Salę obrad starszyzny. Strażnicy w czarnych kaftanach co jakiś czas patrolowali teren w poszukiwaniu ewentualnych problemów. Za każdym razem, gdy nic nie znaleźli wracali do swojego przyczółku i następowała zmiana na stanowisku. Na niebie swym wyrazistym kolorem uwagę przykuwał krwawy księżyc. Pełnia. Pełnia jakiej dawno nie widziano. Tak wyrazista i hipnotyzujacą, że nie dziwo każdy zwiastował, iż to zły omen. Echo roznosiło przeraźliwe wycie wilków na długie kilometry. Myśliwi wracali właśnie z łowów. Ich torby były przepełnione owocami, a na kijach wieźli zwierzynę. Wszyscy byli szczęśliwi z tego powodu.
Za cienką ścianą materiału właśnie rozpoczęły się obrady. Gryzący w gardło dym z kadzidła wypełniał całe wnętrze. Ciężki cynamonowy zapach dokuczał wszystkim zgromadzonym.
- Wszyscy są? - zaczął Hiroki.
Saburo po cichu wszedł i stanął w cieniu przy wejściu.
- Teraz tak. - kontynuował. - Dziś bogowie nam sprzyjali, demony natomiast zwróciły się przeciwko naszym wrogom! Jednak nie ma się co cieszyć. To była jedna z wielu bitew na drodze ku wygranej. Na pokój nie ma opcji! Będziemy walczyć do końca, tak jak każe bushido! Niestety przed chwilą dostałem wieści ze wschodu. Niestety ponieważ nasze wioski są grabione, a chłopi zabijani! Nie popuścimy im tego! Jeszcze dziś w nocy Shirosama uda się na linie frontu, w miejsca gdzie najbardziej potrzebna jest pomoc. Zabierzesz trochę zapasów i zwerbujesz po drodze ludzi. - zwrócił się do dowódcy.
- Mogę wziąć ze sobą dodatkowo stu samurajów yari?
-Pięćdziesięciu, nie zapominaj, że to tutaj trwają główne walki. A twoje oddziały i tak należą do jednych z większych. Masz razem 320 chłopa.
- Tak.
- Saburo dla ciebie mam równie bardzo ważną misję. Zbierz wszystkich shinobi. O tej porze, o której Shirosama wyruszy, masz wraz z wszystkimi udać się w przeciwną stronę. Zostawisz mi jedynie dwóch do obrony obozu. Jeśli natrafisz na wroga dasz mi znać i albo będziemy mieli czas do przygotowania obrony albo po prostu zaatakujemy.
Ninja tylko kiwnął głową i wyszedł.
- Co za człowiek... - westchnął. - Reszta zostaje ze mną. Daiki i Mitoshige rano zajmiecie pozycję na zachodnim wzgórzu. Ja z Kazusą zostaniemy na wschodnim. Jutro dołączy do nas Minari. Ma przybyć ze stolicy wraz ze świeżakami. Mam tylko nadzieję, że nie napotka żadnych problemów. Potrzebuje jej tu, a nie ściągającą rozbojników po lasach. Sprzeciwy?
Szeptać w takim małym pomieszczeniu się nie dało, nikt więc nic nie powiedział.
- No i bardzo dobrze. To mnie cieszy. Możecie odejść.
***
YOU ARE READING
Księga Wiatru : Chõsokabe
AdventureWciągająca powieść opowiadająca o niezwykłych przygodach wojowników z feudalnej Japonii.
