Część 2: Znajomość - początek

680 18 0
                                        

Powrót z rekolekcji też niczym się nie różnił od poprzednich. Był żal, była tęsknota za całą grupą tych pozytywnych poszarpańców, jakimi są właśnie uczestnicy oazy. I była nadzieja, że może za rok się spotkamy znowu w tym samym składzie, a z niektórymi jeszcze szybciej, bo na spotkaniach w parafii. Część kontaktów nie wyszła poziom towarzyskiej ameby (witanie się na większych wydarzeniach, czasem zamienienie paru grzecznościowych zdań z dużą dawką udawanej serdeczności), część rozwinęła się i pozostała nawet do teraz. O niektóre starałam się bardziej, o niektóre mniej.

Jednym z tych, na których mi bardziej zależało był właśnie Piotrek. Nadawaliśmy na tych samych falach, a czas spędzony i przegadany na wyjeździe nas zbliżył (bez podtekstów, proszę). Myślałam "Hej, wreszcie ktoś, kto nie ma problemu rozmawiać z dziewczyną mimo ogólnych podejrzeń o nie wiadomo co na każdym kroku!" A poza tym "Rany, osoba duchowna, do której mogę normalnie się odezwać i ma mniej lat niż moi rodzice! Nowe doświadczenie w życiu!" i jeszcze "Może to jest ta bratnia dusza, o której wszyscy mówią, że każdy powinien taką znaleźć?". Było to niezwykle miłe i radosne. Tym bardziej, że Piotrek był (i jest) naprawdę pozytywną i wartościową osobą.

Z powodu odległości jak i restrykcyjnych reguł co do "przepustek" z seminarium, widywaliśmy się maksymalnie dwa, trzy razy w roku. Pierwszy raz udało się już we wrześniu, z okazji jego urodzin - ja poszłam do liceum, on akurat jeszcze był w domu w mieście niedaleko mojego, więc poszliśmy na obiad. Wtedy odważyłam się zapytać, czy mogę zwracać się do niego po imieniu - forma "kleryku" mnie trochę męczyła, biorąc pod uwagę ilość czasu przegadanego jak i stosunkowo małą różnicę wieku. O dziwo (lub nie) zareagował zdziwieniem, że w ogóle o to pytam, mówiąc, że już dawno miał mi to zaproponować, ale nie było okazji (przez ekran komputera czy telefonu trochę głupio).

I tak to sobie płynęło. Spotkania 2 razy w roku (moje urodziny i jego urodziny bądź wakacje, różnie bywało z czasem). Na rekolekcje razem już nie trafiliśmy. Niesamowicie rzadko się trafiają dwa wyjazdy z tym samym klerykiem/diakonem/księdzem. Z reguły co roku jest inny skład.

Znajomość... jak by ją opisać... Kontakt rzadki, za to jak już był, to można było i dobę spędzić na rozmowie, a i tak było mało. Jeżeli widzieliśmy się w wakacje, to potem przesyłałam mu jakiś prezent urodzinowy pocztą lub przez kogoś. Na moje urodziny, jako że był zmotoryzowany i w miarę niezależny - przyjeżdżał do mnie, szliśmy na jakąś kawę czy ciastko. Zawsze on płacił, argumentując "zaczniesz zarabiać, to będziesz stawiać, do tego czasu ja płacę". Urocze? Szlachetne? Pewnie dlatego tak bardzo wszyscy go lubili. Szczególnie dziewczyny. Podejrzewam, że wygląd coś pomiędzy Piotrem Adamczykiem i młodym Karolem Wojtyłą też miał znaczenie. 

Mogłam z nim poruszyć każdy temat (no, prawie. Ale jednak). Zawsze służył radą i wsparciem, szczególnie, gdy przechodziłam kryzysy wiary i istnienia. W między czasie zmarł mój ojciec, Piotrek po otrzymaniu od kogoś informacji o terminie i miejscu bez gadania pojawił się na pogrzebie by być, służyć do mszy i mnie wesprzeć. Był to też niesamowity prezent i kopniak w tyłek, by się ogarnąć i zebrać w sobie do dalszego życia.

Potem kontakt nie wyglądał inaczej - spotkania 2-3 razy w roku, o dziwo, nawet telefonem czy przez internet nie gadaliśmy więcej niż kiedy ustalaliśmy datę spotkania lub dziękowaliśmy za nie. No, chyba że miałam właśnie problem. 

Od czasu pogrzebu ja zdążyłam niesamowicie przytyć, on przywdziać sutannę i coraz bardziej angażować się w sprawy seminaryjne. Rozmawialiśmy o tym, jak się czuł po raz pierwszy udzielając komunii świętej podczas mszy, gdy już zyskał takie uprawnienia, jak bardzo przeżywa poszczególne momenty edukacji i drogi ku kapłaństwie, jak ważne jest to wszystko dla niego. Lubiłam o tym słuchać, on za to cierpliwie znosił moje uzewnętrznianie na temat trudności w ruszeniu dalej, wyborze studiów czy kierunku życiowego. 

Z mojej strony było to... takie westchnienie, jak u każdej innej dziewczyny, która go miała okazję poznać - jest niesamowicie ujmujący. Z wyglądu nie powala, co najwyżej jest... jakby to ująć... uroczy? Jakoś tak. Oczy u niego wygrywały, ale tak naprawdę każdy z nas ma piękne oczy. Kwestia ich dostrzeżenia. Więc tak, zdecydowanie z wyglądu takie 4/10, za to z charakteru - naprawdę nadzwyczajny. Jednak co z tego, skoro jest klerykiem? Dlatego był w głębokim friendzone. I tak to trwało. 

Trwało przez ok. 3 (?) lata naszej znajomości.

Potem coś się zmieniło. 

Między młotem a kowadłemStories to obsess over. Discover now