Patrzył na mnie ostatkiem sił. Bałam się, przeczuwając co może się wydarzyć. Nie chciałam tego. Kochałam go. Nagle zamknął oczy. Czułam bicie jego serca.
Siedziałam teraz przy jego łóżku spokojna, opanowana. Chciałam już ujrzeć jego wzrok, źrenice pełne wspaniałego blasku. Nim się obejrzałam, leżałam wtulona w jego pierś marząc tylko o końcu świata w jego objęciach. Spał, a ja razem z nim pół na jawie, pół we śnie. To było niesamowite. Po chwili namysłu zdecydowałam spakować ubrania w jego szafce, aby w pełnej gotowości opuścić bramy szpitala i posmakować wolności. Marzyłam o niej od dawna.
Nagle w głuchej ciszy dało się słyszeć stały dźwięk. Jakby prostą linię. Jego serce zatrzymało się, przestało bić...
...tak jak moje. Przez ułamek sekundy życzyłam sobie już tylko śmierci. A jednak musiałam żyć,
m u s i a ł a m.
Już nic się dla mnie nie liczyło. Chciałam skończyć ze wszystkim. Pogrążyć się w nicości, zniknąć.
Teraz, jakbym znów je czuła, ono biło! A on oddychał pełną piersią. Znów słyszałam dźwięk wydobywający się z elektrokardiogramu.
* * *
Siedziałam teraz na poddaszu malując kolejne, niedoszłe dzieło sztuki. Zanurzałam się w odcieniach beżu, fioletu i turkusu, rozmyślając nad sensem istnienie świata, ludzkości. Skoro kiedyś odejdziemy, to po co przyszliśmy? To pytanie nie dawało mi spać ostatnich nocy. Zatracając się w otchłani ciszy pędzel spokojnie podążał za dłonią. Staranne linie nachodziły na siebie tworząc jedną, spójną całość. Tak się zdawało.
