Monolog (Jack/Missy)

16 2 1
                                        


Poznałem ją przez przypadek. Szedłem ulicą w Polsce, pod wpływem tabletki sprawiającej, że byłem niewidzialny. Wtedy to zobaczyłem. Małą, najwyżej jedenastoletnią dziewczynkę. Burza, rudych loków i ogromne oczy. Była urocza i... przerażona. Weszła na jezdnie gdy było czerwone światło. A teraz stała niecałe dwa metry od pędzącego tira. Nie potrafiła się ruszyć. Sparaliżowana strachem. Nie mogłem na to patrzeć. Skoczyłem tam, odepchnąłem ją i za pomocą mojej bransolety pojawiłem się na chodniku obok niej. Podnosiła powoli. Rozglądała się. Wiem, że mnie szukała. Potem mówiła, że gdyby nie przeszła na czerwonym, nie spotkałaby swojego anioła. Złe określenie na mnie. Bardzo złe. Trefne. Wtedy gdy się podnosiła, szukając mnie, postanowiłem. Będę pilnował tej rudej dziewczynki. Za wszelką cenę. Nie pozwolę umrzeć komuś kto był tak pełen optymizmu i niewinności. Nie złamałem słowa. Już kilka tygodni potem uratowałem ją ponownie. Była odważna. Wspinała się na najwyższą brzozę przy jej bloku. Inne dzieci patrzyły na nią przestraszone. I wtedy, gdy była na samym czubku, jedna z gałęzi złamała się. Moja ruda małpa poleciała w dół. A ja złapałem ją. Spadła wprost na moje ręce. Czuła, że ją trzymam. Dzieciaki na około widziały, że nie jest na ziemi. Nigdy gdy byłem obok niej nie byłem widoczny. Zawsze niewidzialny. I dlatego nigdy mnie nie zobaczyła. Dlatego gdy postawiłem ją na ziemi, rozglądała się zdezorientowana. Nie mogła mnie dostrzec. Gdy miała czternaście lat po raz pierwszy nazwała mnie swoim nieśmiałym bohaterem. Nieśmiałym bo nigdy się nie pokazałem. A ratowałem jej życie dość często. Ta dziewczynka przyciągała niebezpieczne sytuacje jak magnes. Dwa razy uratowałem ją z pożaru, kilka razy sprzed pędzących aut, takich sytuacji było naprawdę dużo. A ja ją ratowałem. Ale nie tylko w tak poważnych sytuacjach. Pisałem jej usprawiedliwienia gdy zwiewała z lekcji. Nie wiedziała skąd one się biorą w jej plecaku, ale pismo było jej mamy. Ma się ten talent plastyczny. Dlatego miała zawsze usprawiedliwione nieobecności. Wiecie dlaczego je pisałem? Bo ona gdy uciekała z lekcji, nie siedziała w domu paczką ciastek, nie rozwalała się po placach zabaw, nie robiła grafity... Chodziła do biblioteki. Siedziała tam całymi dniami i czytała fantastykę. Nigdy nie widziałem czternastolatki czytającej Drogę do Science Fiction, Opiekuna snu, Płanetę Śmierci, Ucieczkę od chaosu czy Jednym zaklęciem. Dlatego pisałem usprawiedliwienia. Im więcej czytała tym szczęśliwsza była. A im szczęśliwsza była ona, tym szczęśliwszy byłem ja. Gdy miała piętnaście lat poznała serial "Doctor Who". Fantastyczny serial. Trzeba powiedzieć, że prawdopodobnie on i jego spin offy to jedyne serialne mówiące o tym co stało się na prawdę. Właściwie... Wszystkie sceny były filmowane podczas prawdziwych zdarzeń, a nie na planie. Coś o tym wiem. Sam w nim grałem. Grałem siebie. A dla tych co oglądają serial aktor grał mnie. Ale dalej o tej rudej małpie. Zaczęła oglądać od szóstej serii. Trochę przykre patrząc na to, że grałem w pierwszej. A potem w chyba trzeciej... Nie pamiętam. To było dawno. W każdym razie to było ciekawe przeżycie. Patrzeć jak jak ona to ogląda. Z wesołymi ognikami w oczach. To jak reagowała na różne sytuacje w tym serialu. Jest strasznie impulsywna. To było bardzo śmiesznie gdy krzyczała na komputer bo coś nie poszło po jej myśli. I w końcu... Zaczęła oglądać od pierwszego sezonu. I dotarła do mnie. Gdy zobaczyła scenę z lornetką... Myślałem, że to jej się nie spodoba. A ona zaśmiała się i powiedziała do siebie "Już go lubię". I po następnym odcinku znowu krzyczała na komputer. Że tak nie powinno być. Że ja powinienem przeżyć. I doszła do sceny z tańcem. Cieszyła się jak dziecko. By potem płakać przy ostatnim odcinku pierwszego sezonu. Płakała. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak bardzo związał się emocjonalnie z postacią z filmu lub serialu. Chciałem do niej podejść. Przytulić ją. Pocieszyć, że zaraz Rose uratuje sytuacje. Ale nie mogłem. Więc siedziałem cicho. Ona w każdym kolejnym odcinku czekała na mój wielki powrót. Ale nie nastąpił tak wcześnie. Potem zaczęła oglądać Torchwood. Bardzo jej się spodobało. Taka... opowieść tylko dla niej, bo głównie o mnie. Płakała tak często, śmiała się tak często. Ale zachwycała się każdą sekundą odcinka. To byłe miłe... Gdy miała szesnaście lat zaczęła mówić do mnie. Do swojego anioła. Gdy była sama mówiła na głos, żartowała, śmiała się. Tak jakby naprawdę wiedziała, że jestem obok. Byłem. Słyszałem i śmiałem się z nią. Odpowiadałem, ale mnie nie słyszała bo nałożyłem na siebie blokadę. Słyszałem siebie tylko ja. Ale najbardziej lubiłem ją w nocy. Często siedziała na biuru i patrzyła w niebo. Widziałem jak ciągnie ją do gwiazd. Do przygód. A gdy spała wyglądała uroczo. Burza rudych loków rozsypana po poduszce, ona w uroczej kociej piżamie. Miała trzy takie. I trzy dzienne. Czarną, białą i czarno białą. Urocza. Po prostu. Ale miała już szesnaście lat. Nie mogłem, ze swoim umysłem i swoim charakterem, nie zauważyć, że dorastała. Twarz jej wyszczuplała, nosek miała zadarty i pokryty piegami. Nie malowała się. Nie miała po co. Jej rzęsy stały się gęste i długie bez tego, oczy miała takie, że widać w nich było inteligencje i piękno jak na tacy. Ruda wyszczuplała, jej biodra stały się bardziej zauważalne. Piersi miała małe. Albo raczej idealnej wielkości. Nie za duże nie za małe. Dłonie nadal miała małe i delikatne. Najśmieszniejsze było to jak kręciła biodrami przy chodzeniu. Nie wiedziała tego. Robiła to nieświadomie. A jak kusząco. Zawsze miałem słabość do pośladków. A jej były wspaniałe. Ona cała była niewiele wyższa od tej jedenastoletniej siebie. Naprawdę. Była dwie głowy niższa ode mnie. To sprawiało, że robiła się jeszcze bardziej urocza. Gdy miała siedemnaście lat, nadal kochała mnie z serialu, i kochała mnie niewidzialnego. Jej bohatera. Zauważyłem, że zaczęła mnie rysować. Miała niesamowity talent. Rysowała mnie wysokiego, silnego i z czarnymi, pierzastymi skrzydłami. Nie wiem dlaczego czarnymi. Po prostu. Ale nigdy nie rysowała mi twarzy. Zawsze miałem na jej rysunkach maskę karnawałową, chustę, maskę przeciwgazową. Nie potrafiła sobie wyobrazić mojej twarzy. I tak przeżyłem obok niej sześć lat. A teraz już siedem. Jutro ta urocza dziewczyna będzie dorosła. Nie mogę się doczekać bo mam plan. Jutro się ujawnię. Jutro zrobię jej największą w życiu niespodziankę. Nie będę niewidzialny. Będę w swojej białej podkoszulce, błękitnej koszuli, wciągniętej w czarne spodnie, z rozpiętymi ostatnimi trzema guzikami u góry. W czerwonych szelkach, wojskowych butach i swoim mundurze. Z idealną fryzurą, idealnym uśmiechem. Jak będzie wychodziła do sklepu, (a na pewno będzie wychodziła, bo w każde urodziny wychodzi do sklepu po big milka) spotka ją zaskoczenie. Kapitan Jack Harkness będzie stał pod jej klatką. Potem pomacha do niej. Podejdzie. Przyciągnie do siebie i pocałuje. Ukazując wszystkie uczucia, nagromadzone przez te sześć lat. Bo gdy ratował jej życie, i oglądał jak dorasta... zakochał się.

~~***~~

Missy ubrała się w czarne szorty z wysokim stanem, w nie wciągnęła ciemnozieloną, flanelową koszule. Rozpięła jej dwa górne guziki. Rękawy podciągnęła nad łokcie. Na stopy nałożyła sportowe, kolorowe adidasy. Rude loki rozczesała i zostawiła rozpuszczone. Nałożyła swoje ulubione, czarne okulary przeciwsłoneczne. Na nadgarstki włożyła gumowe i materiałowe bransoletki i z różnymi napisami. Uśmiechnęła się do swojego odbicia.

-Witam młodą dorosłą. To co? Czas na big milka? - Powiedziała do siebie i złapała czarną torebkę. Włożyła do niej portfel i wyszła z mieszkania. Zamknęła drzwi na klucz i zeszła po schodach. Otworzyła drzwi klatki schodowej i wyszła na pełny słońca dwór. Ale to co tam zobaczyła sprawiło, że stanęła w miejscu. Myślała, że ma halucynacje. Przed nią stał Kapitan Jack Harkness. Uśmiechną się do niej i pomachał. Podszedł do niej i po polsku, ale z akcentem angielskim powiedział. - Witam. Jestem Kapitan Jack Harkness. John Barrowmen nie istnieje. Istnieje ja. John to przykrywka. A Torchwood i Doctor to prawda. Ja jestem twoim nieśmiałym bohaterem. Aniołem o czarnych skrzydłach. A ty jesteś moją najwierniejszą fanką. - Uśmiechną się do oniemiałej dziewczyny. Jedną ręką złapał ją w talii, uniósł i wpił się w jej usta. Drugą ręką ujął jej podbródek delikatnie. Dziewczyna oddała pocałunek obejmując jego szyje. Po chwili odchylili głowy i spojrzeli w swoje oczy. Jego szare i jej zielone. Ona powiedziała. - Kapitanie... Kocham Cię. - Mówiła szczerze. Kochała jego postać. A jeszcze bardziej kochała swojego anioła. Swojego anioła kochała na zabój. Teraz oni połączyli się. Okazali prawdą. Byli jej miłością. On uśmiechną się. - Ja Ciebie też. Od sześciu lat. - Powiedział i ponownie ją pocałował...

Siostrzane historieWhere stories live. Discover now