Był 21 marca.
21 marca 2010 roku.
Chyba.
W sumie... to nie istotne. Dzień jak co dzień, kolejny nudny poranek i ta sama rutyna. Podobno pierwszy dzień wiosny, ale widok za oknem tego nie zapowiadał... Typowe dla brytyjskich klimatów. Wyglądało bardziej jak pierwszy dzień jesieni, czy coś...
Kolejny nudny poniedziałek. Kolejny nudny dzień szkoły. Kolejny dzień nauki sensownych i bezsensownych rzeczy. Westchnęłam i leniwie zwlekłam się z łóżka. Robiło się późno więc trzeba było się ogarnąć. W tym celu odwiedziłam łazienkę, po drodze wstawiając wodę na kawę, wzięłam szybki prysznic, ogarnęłam moje blond loki i nałożyłam delikatny codzienny makijaż. Następny cel - kuchnia, wypadałby coś zjeść, jakieś pożywne śniadanko. Kanapka z szynką i kawa zdecydowanie nim nie była, ale czas mnie gonił. Na szybkości zjadłam, przegladając w tym czasie wczorajszą gazetę. Szeroko ziewnęłam, przy okazji przeciągając się i dopijając ostatni łyk kawy. Wzięłam moje ukochane słuchawki i wyszłam. Nigdzie się bez nich nie ruszam. Trzy moje nieodłączne rzeczy - telefon, portfel z dokumentami i jakimiś drobniakami, no i słuchawki. W sumie były one moją cechą rozpoznawczą.
Akurat wyszłam z mieszkania i deszcz lunął niczym z wodospadu. No pięknie. Nie miałam już czasu wracać się wracać się po parasol. Włączyłam tylko odtwarzacz muzyki i słuchawkach zabrzmiał głos czarującej Taylor Swift i jej albumu Fearless. Nie mogę doczekać się premiery nowego albumu. Zapowiedziała premierę na ten rok, ale daty dokładnej jak na razie brak. Chciałabym być taka sławna jak ona... W sumie głos miałam niczego sobie, jeszcze trochę nie wytrenowany ale jakoś nie potrafiłam się wybić. Nie żeby coś, ale występowanie na szkolnych akademiach, lokalnych festiwalach i nagrywanie coverów to chyba było zbyt mało... Jasne - wszyscy mówili, że mam potencjał i talent, ale i tak, jak narazie żadna wytwórnia się mną nie raczyła zainteresować. Jak tylko skończę szkołę obiecuję sobie wziąć się za siebie. Sama muszę o to zadbać zamiast czekać na cud.
Pobiegłam na przystanek tak szybko jak tylko się dało, ale i tak oberwałam. Zanim tam dotarłam byłam praktycznie całkowicie mokra. Wyglądałam jak ostatnia wariatka. Na przystanku jak zwykle żadnej żywej duszy. Mieszkałam na przedmieściach, ale takich, że można było to uznać za wieś. Były tu zarówno bloki, domy jednorodzinne i szeregówki. W jednej z takich mieszkałam. Całkiem ładna, sześćdziesięcio-metrowa posiadłość. Przyjazna okolica, spokojna. Mimo braku jakichkolwiek centrum rozrywki i tak kochałam te tereny. Zdecydowanie wolałam wieś niż miasto. Tylko mogłoby tu zapuszczać się więcej autobusów. Póki nie mam prawka ta kwestia jest dla mnie dosyć problematyczna... Zbieram już długi czas ale nadal mi brakuje - i to sporo. Co dopiero na kurs, a gdzie własny samochód?
Kolejna piosenka na mojej liście to "White Horse" - kolejny genialny utwór, idealny na ten pochmurny dzień. Zachwycałam się jej głosem, stojąc tam pod zadaszeniem, prawie cała mokra. Miałam drgawki z zimna mimo iż wyglądało to na ciepły i wiosenny deszczyk - w żadnym wypadku nim nie było.
Nagle ktoś przyszedł. Rzuciłam okiem - jakiś chłopak mniej więcej mojego wzrostu, może troszkę wyższy, miał na głowie słuchawki, na sobie jakąś bluzę z kapturem i zwykłe dżinsy. Też był przemoczony i wyglądał na delikatnie zdezorientowanego. Zmierzyłam go wzrokiem i uśmiechnęłam się delikatnie. Była to dosyć mała okolica, przyjazne osiedle gdzie każdy każdego znał. Tym bardziej zaintrygował mnie swoją osobą bo wydawało mi się, że widzę go tu pierwszy raz. Nie byłam pewna bo głowę miał spuszczoną w dół, szukał czegoś w telefonie. Nagle podniósł wzrok i rozejrzał się naokoło. Spojrzał też na mnie i nasze spojrzenia się spotkały się. Teraz byłam pewna. Mieszkam tutaj 8 lat i pierwszy raz widzę tego człowieka na oczy. Pomyślałam, że to ciekawe, ale w sumie - co mnie to obchodzi? Uśmiechnęłam się do niego i odwróciłam wzrok. "White Horse" powoli się kończyło więc odblokowałam telefon by wybrać kolejną piosenkę i w tym momencie poczułam, że ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. To był on. Chyba chciał do mnie zagadać. O matko, tylko nie to. Czyżby szykowała się jakaś nudna pogawędka? Gdzie ten autobus?!...
- Yyy, cześć. Masz chwilkę? - zaczął.
- No cześć, pewnie że tak - odpowiedziałam z uśmiechem, starając się, żeby nie wyglądał na zbytnio wymuszony.
- Ed jestem i niedawno się tutaj przeprowadziłem, więc szukam nowych znajomych - zagadał.
- Ellie - odpowiedziałam podając mu rękę.
- Fatalna dziś pogoda, nie? - powiedział spoglądając przed siebie - W ogóle nie zachęcająca do wychodzenia z domu. Ale kiedyś trzeba.
- No tak, ale niestety obowiązki szkolne wzywają, Ciebie pewnie też - kontynuowałam.
- Eee, nie... Zauważyłem, że ktoś stoi na przystanku więc się zebrałem i wyszedłem. Mieszkam tutaj na przeciwko - wskazał dom po drugiej stronie ulicy.
- O, proszę - odpowiedziałam już ze szczerym zainteresowaniem. Wydawał się na całkiem miłego chłopaka - I akurat ja się przytrafiłam? - zaśmiałam się.
- Nie... - uśmiechnął się. - Po prostu widziałem jak ktoś samotnie stoi na przystanku i stwierdziłem, że może szuka towarzystwa, będzie chętny na zawarcie nowej znajomości i opowie mi coś o tej pięknej okolicy.
W tym momencie ujrzałam zbliżający się autobus. Cholera! Teraz?! Tak ciekawie się zapowiadało...
- O rany... Mój autobus... Musze jechać... - zauważyłam z westchnieniem - Będę się zbierać.
- Jutro też będziesz tu czekać? - zapytał z wyczuwalną nadzieją w głosie.
- Jeśli dożyje, to tak.
- Okej, to może przyjdź tak 5 minut wcześniej, żebyśmy mogli sobie pogadać?
- Spoko, bardzo chętnie! Mogę nawet 10 minut wcześniej! - rzuciłam na pożegnanie.
On tylko się uśmiechnął, pokazał kciuka na znak, że się zgadza i pomachał mi przez szybę. Westchnęłam i usiadłam.
Taylor zaczynała mi śpiewać "Change" a ja, głupia, nie mogłam przestać myśleć o Edzie.
Co mi odbiło?
YOU ARE READING
Ginger Singer-Singwriter
FanfictionDruga wersja opowiadania Ginger Singer-Songwriter. Kim jest tajemniczy rudzielec? Jak wpłynie na życie Ellie? Sprawdź, jak jedna błacha decyzja potrafi zmienić ludzkie życie ♡
