1

1.4K 80 9
                                        

Tego dnia upał wyjątkowo dawał się we znaki. Ciepło rozgrzanego przez słońce żwiru, dało się odczuć nawet przez grube podeszwy butów wojskowych. Gorący wiatr owiewał zmęczone i spocone twarze żołnierzy, którzy właśnie wrócili do obozu po swojej całodziennej misji. Od wczesnego ranka musieli montować czujniki ruchu i pola minowe na przestrzeni dziesięciu kilometrów, które mają posłużyć jako zasadzka na konwój wroga.
Lecz nawet przy tej - mogłoby się wydawać - spokojnej pracy, nie obyło się bez ofiar. Paru nielicznych Pakistańczyków wszczęło ogień w stronę Amerykanów, mając na celu odgonienia ich ze swojego terytorium, co skończyło się dla nich szybką śmiercią z ręki jednego z bezpośrednich dowódców - Darrena Fletchera. Wystarczyło parę celnych, wyćwiczonych strzałów a wszyscy, którzy próbowali przeszkodzić jego ludziom w wykonywaniu rozkazu, runęli trupem.
Darren Fletcher. Na te nazwisko chyba niejeden żołnierz w jego grupie czuje pewnego rodzaju przestrach i respekt. Każdy wie, że ten młody dwudziestoczteroletni mężczyzna jest istnym wcieleniem bezdusznego zabójcy, który nie wie co to strach czy litość. Większość jest pewna, że swoje zdolności dowódcze odziedziczył po ojcu - Josephie Fletcherze, który jest weteranem wojennym. Niegdyś był on jednym z najlepszych Generałów Wojsk Specjalnych USA. Wtedy szczycił się naprawdę dużymi zasługami dla kraju, a o jego dokonaniach opowiadano niczym jak o dobrym filmie akcji. Teraz jednak jest on schorowanym staruszkiem, ale nie zapomnianym. Wielu żołnierzy nie raz dopytywało Darrena o jego ojca, chcąc posłuchać jakiejś niesamowitej przygody o żywej legendzie, jednak ten zawsze ich zbywał. Nigdy o nim nie opowiadał.
Fletcher dobrze wie, że świeci przykładem dla swoich żołnierzy, dlatego nigdy nie pozwala sobie na słabości. Nawet teraz, gdy jemu także doskwiera upał idzie pewnym krokiem przez obozowisko swojej jednostki, kontrolując bacznym okiem, czy wszystkie zadania jakie powierzył wczoraj kilku swoim ludziom zostały wykonane.
- Darren! - krzyknął ktoś za nim.
Mężczyzna rozpoznając ten głos od razu się odwrócił. Zauważył zbliżającego się Henrego z plastikowym kubkiem w dłoni.

Henry McDonet to przyjaciel jego ojca. Poznali się dawno temu w wojsku, gdzie to jeszcze obydwaj byli zwykłymi, niedoświadczonymi żołnierzami pragnącymi przysłużyć się kraju. Henry jest o dziewięć lat młodszy od Josepha, dlatego jeszcze jest w stanie wykonywać swój zawód admirała pierwszej grupy.
To właśnie McDonet wpadł na pomysł podzielenia wojska na dwie dywizje i jedną z nich oddał pod dowództwo syna przyjaciela. Chciał sprawdzić, czy Darren rzeczywiście potrafi wydawać rozkazy równie dobrze, jak jego ojciec. Poza tym uznał, że przyda mu się młody oraz krzepki zastępca do ogarniania tego stada samców. Wybór właśnie Darrena na wiceadmirała był strzałem w dziesiątkę.
Brunet posłał szeroki uśmiech do swojego siwiejącego przyjaciela, którego zna chyba całe życie. Traktuje go jak rodzinę, jak wuja którego nigdy nie miał.
- Co jest Henry? - Spojrzał w jego opadnięte szare oczy. Wydało mu się przez chwilę, że tuż nad policzkami doszło mu parę głębokich zmarszczek, które dodawały lat. Ale może tylko mu się zdawało, ponieważ tego dnia wszyscy wydawali się starsi, przez wymalowane zmęczenie na twarzach spowodowane pogodą.
- Były jakieś komplikacje?
- To co zwykle. Paru denerwujących Pakistańczyków. Nic wartego uwagi.
Henry położył rękę na ramieniu Darrena i razem zaczęli iść przez obozowisko.
- Na twoim miejscu nie ignorowałbym ich tak. Niby to pojedyncze zabójstwa, ale razem tworzą dużą liczbę. Nie wiadomo kiedy Pakistan straci cierpliwość. - Tymi słowami miał zamiar pouczyć bruneta, bazując na własnym doświadczeniu.
- Nasza jednostka jest dobrze przygotowana na wszelkie sytuacje. - Darren zawsze zarzekał się, że jego odział sprytem i siłą jest w stanie pokonać każdego wroga. Jednak w głębi duszy wiedział, jak bardzo trzeba liczyć się z przeciwnikiem.
Po kilku krokach ciszy, starszy mężczyzna zapytał:
- Co u ojca? Odzywał się? - Gdy wypowiadał te słowa, jego ton stał się bardziej emocjonalny. Inny od rzeczowego i stanowczego, którego używał na co dzień.
- Od dwóch miesięcy nie dotarł żaden list.
Henrego już nawet nie dziwił chłód w jego głosie, gdy za każdym razem mówił o ojcu. Ten czarnooki, młody mężczyzna nigdy nie okazuje smutku. Nawet teraz, gdy na pewno także się martwi. Taki już jest - wyuczony jak maskować uczucia.
- Pewnie jego opiekunka jest mocno zabiegana i... Wiesz jak to jest z Alzheimerem.
- Henry... wiem. - Kto jak kto, ale on doskonale wiedział. Przez dwa lata zajmował się schorowanym ojcem, pogrążony w ciągłych niepewnościach i strachu przed najgorszym. Długo dawał radę, ale pewnego dnia po prostu nie wytrzymał w roli męskiej niańki i zrobił coś, nad czym zastanawiał się długie miesiące. Wstąpił do wojska, w głębi duszy mając nadzieje, że tam wyładuje całą złą energie magazynowaną przez kilka lat. Zamierzał zostać rok, lub półtora, ale po jakimś czasie zauważył, że pole walki stało się jego uzależnieniem.
- Nie widziałeś czy chłopaki naprawili Clonusa pod moją nieobecność? - zapytał Darren, instynktownie kierując wzrok ku miejscu, gdzie zawsze parkują samochody.
- Nie. Słuchaj... - zaczął McDonet, ale nie zdążył rozwinąć myśli, gdyż już zauważył zdziwioną minę towarzysza.
Darren zatrzymał spojrzenie na nagiej, smukłej i gładkiej nodze, swobodnie zwisającej z paki samochodu terenowego. Mierzył ją kilka razy od samego trampka po udo, którego resztę zasłaniał cień wnętrza samochodu. Myślał, to nie może być kończyna mężczyzny, w tej gładkiej skórze odbija się blask słońca.
- Dziwki? - spytał z nutą nadziei w głosie. Dawno nie widział kobiety a dopiero co dotykał, czy całował. Dlatego na sam widok tego kawałka ciała czuł, jak wewnętrzne ciepło rozlewa się w nim gdzieś w dole. Musiał sobie ulżyć
- Nie, pielęgniarki - mruknął Henry i złapał za brodę chłopaka, odwracając twarz w swoją stronę. Od razu zauważył jego poszerzone źrenicę, które doszły do swoich rozmiarów z wiadomych przyczyn. - Objęte ochroną. Rozumiesz? Przyjechały tu, aby nam pomagać, a nie zaspokajać męskie potrzeby - dodał stanowczo.
Fletcher zmarszczył czarne brwi i wyswobodził się z uchwytu mężczyzny. Jego ekscytacja nagle gdzieś znikła, robiąc miejsce złości.
- Jak to pomagać? Przecież Bob i jego zespół odpowiada za opiekę zdrowotną.
- Zespół? Masz na myśli cztery osoby, które nie nadążają z opatrywaniem rannych. Tracimy ludzi, dobrych ludzi, którzy są nam potrzebni. Dlatego przyda się pomocna dłoń z każdej strony. Dzięki tym dodatkowym pięciu dziewczynom, zdołamy uratować więcej osób na czas. Sam wiesz ilu żołnierzy umiera po trafieniu do Boba, przez brak organizacji i pomocy większej ilości doświadczonych osób. One wiedzą jak...
- Zaraz! Dlaczego nie przysłaliście jako pomagierów mężczyzn, tylko... - zamknął na moment oczy, aby się opanować - tylko kobiety, które będą rozpraszać moich ludzi? - wycedził przez zęby. Jeśli to nie są prostytutki, które go zaspokoją, to on nie chce w swojej jednostce żadnej płci żeńskiej!
- Same się zgłosiły. Podobno zostały wyszkolone, jak radzić sobie w trudnych warunkach. - Siwowłosy uniósł brew. - Jest ich pięć i każda z nich będzie dzielić namiot z jednym z wyżej postawionych. Między innymi z tobą i ze mną jako, że jesteśmy admirałami. Inne przydzieliłem do Caleba, Jamesa i Johna.
Słysząc to Darren wręcz zaczął gotować się ze złości. Nie miał zamiaru dzielić namiotu - jego dotychczasowego prywatnego mieszkania - z jakąś obcą, najwidoczniej głupią - jeśli wpisała się na pobyt tutaj - dziewczyną. Skoro nie będzie mógł jej tknąć, jest bezużyteczna. Zresztą, doskonale wiedział jakie są kobiety; gadatliwe, problemowe i wrażliwe. A on potrzebuje wyciszenia, ma dość własnych zmartwień i nie zamierza bawić się w psychologa od serca, który pocieszy i pogłaszcze.
- Nie. Nie zgadzam się. Przydziel ją do kogoś innego. - Popatrzył na niego groźnie, w głębi duszy prosząc, aby posłuchał.
Henry uniósł ze zdziwienia brwi. Nie takiej reakcji się spodziewał po młodym mężczyźnie, który przed sekundą ślinił się na widok kobiecych nóg.
- Myślałem, że się ucieszysz. - Uniósł plastikowy kubek do ust i upił spory łyk.
- Potrzebuje przestrzeni osobistej, a poza tym...
- Panie admirale... - Tłumaczenie Darrena przerwał wojskowy w średnim wieku zwracający się do Henrego. W dłoni trzymał jakieś pliki dokumentów.
Henry od razu oddał mu swoją całą uwagę i skupił wzrok na kartach. Zaczęli dyskutować o położeniu geograficznym najbliższej kwatery głównej na tym pustkowiu. Wtedy brunet zrozumiał, że rozmowa skończona. Zrezygnowany odwrócił się i odszedł kilka kroków w stronę prowizorycznej jadalni, gdy nagle do jego uszu doleciały słowa siwowłosego:
- Bądź miły - zakpił.
Oczywiście chodziło mu o przyjazne nastawienie do jego nowej współlokatorki. Uśmiechnął się diabolicznie. Niestety muszę cię zawieść Henry, pomyślał i wszedł do podłużnego namiotu, gdzie unosił się zapach przypalonego mięsa.

EternalOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz