(prolog)

81 2 0
                                        

Blade światło latarni wpadało przez uchylone okno pokoju na poddaszu. Cichy powiew wiatru poruszał firankami raz za razem zmuszając je do rytmicznego unoszenia się i opadania.

Pomimo chłodu leżąca na podłodze postać się nie budziła. Rude, gęste i długie włosy rozrzucone w aureolę dookoła jej głowy. Spoczywała bez ruchu w środku kręgu idealnie nakreślonego zastygłym już woskiem.

Blade światło latarni wpadało przez uchylone okno pokoju na poddaszu, ale już nie tylko ono było źródłem światła. Czyżby.. Tak, to kręg, w którym ona leżała zaczął świecić. Głęboki turkus wydobywał się z run. Co się stało, że zaczął się jarzyć dopiero teraz? To kot. Biały kot z blado błękitnym torsem. Czemu błękitnym? Może to tylko światło się tak odbijało? A może i nie..

Zaczęło padać. Wielkie krople uderzały o uchylone okno pokoju na poddaszu. Wyglądało to tak, jakby niebo płakało nad utratą dziecka. Bo ono już nie należało do tego świata. Nie należało do żadnego, ale tego jeszcze nie wiedziało.

Niewypalone świece walały się po starych panelach. Kilka leżało też w kręgu. Zwierzątko podchodziło do każdej i noskiem wygarniało na zewnątrz. Ostatnia potoczyła się aż pod okno, a gdy wpadła w łuk światła, uniosła się do góry, a jej knot buchnął ogniem. Świeca zawisła na chwilę. Potem przecięła powietrze i zawisła ponownie, tym razem jednak nad rudowłosą postacią. Czerwony wosk polał się po jej rękach, twarzy i nogach tworząc niezliczoną ilość cieniutkich kresek. Świeca upadła, a w raz z uderzeniem o podłogę jej blask zgasł, pozostawiając tylko nikłe ścieżki dymu. Kot obserwował, obserwował z półki na książki.

Deszcz padał coraz mocniej. Firanki tańczyły w powiewach mocnego, burzowego wichru. To był szalony taniec, taki w którym można zapomnieć. Zapomnieć o całym świecie. Krąg świecił coraz mocniej, a jego promienie wbijały się w sufit jak żyletki.

Burza zawisła nad miastem. Błysk i huk mieszał się ze sobą w swoim własnym szaleństwie. Dołączyły do tańca firan i nadawały rytm coraz szybszego bicia serca. W pokoju na poddaszu podłoga przy uchylonym oknie zaczęła moknąć, ale kot i tak siedział właśnie tam. Podziwiał jak niebo nie może się pogodzić z utratą dziewczyny z kręgu. Podziwiał jak siedząc sobie spokojnie odbiera ukochane dziecko matce. Podziwiał początek końca świata, który zdaniem kota miał nastąpić. Uśmiechnął się. Czy koty mogą się uśmiechać? Jak widać ten mógł, nie mógł się nie uśmiechać słysząc ten cudowny pisk rozpaczy. Tym razem to nie był krzyk nieba.

Dziewczyna unosiła się delikatnie nad podłogą, coraz wyżej i wyżej. Krzyk wydobywał się prosto z jej trzewi. Czerwony wosk na jej skórze zaczął zżerać tkankę pozostawiając rany jak po cięciu nożem. Głębokim cięciu. Szkarłatna krew mieszała się z woskiem na dole.

Przy oknie nie było już kota. Nie było go w całym pokoju. Nigdzie.

Przy dziewczynie w kręgu błysnęło ostrze poprowadzone przez czyjąś rękę. Rude kosmyki upadły na ziemię. Dziewczyna otworzyła oczy, które również zaczęły rozpraszać mrok. Wydały z siebie dwa promienie mocą swojego blasku porównywalne do latarni, które wcześniej oświetlające ulice, teraz chwiały się i migotały. Ćmy uderzały rozpaczliwie o nie domagając się więcej jasności, której teraz nie mogły im już dać. Kilka pękło, inne po prostu zgasły.

W pokoju na poddaszu okno trzaskało w okiennice, kiedy w środku było już dwie osoby. Dziewczyna krzyczała, a to co stało poza kręgiem śmiało się głośno. Nóż upadł u jego stóp. Z pięciu cięć na jego klatce piersiowej wypływała niebieska mgiełka tak samo z jego ust. Dławił się nią, krztusił.

Błyskawica przecięła niebo w geście ostatniej próby powstrzymania dziecka przed odejściem. Krąg zgasł, a dziewczyna w nim uderzyła głucho o podłogę. Ucichło wszystko. Krzyk urwał się, gromy przestały bić. Nie miały już po co. On zrobił to co chciał. On, już skończył.

Historie z księżycaStories to obsess over. Discover now