Trosleje i elf.
Troslejy wen awaré
Odgarnęła niesforne pasma włosów, które zakryły jej większość twarzy, rzemyk, jakim zazwyczaj je związywała leżał rozsupłany u jej stóp. Spróbowała się schylić, jednak ciężar tobołów zawieszonych przez ramiona spowodował, że z ledwością utrzymała równowagę na i tak już wycieńczonych nogach. Nie liczyła dni, które spędziła na wędrówce, nie zastanawiała się nawet nad tym, ile mroźnych nocy dane jej było znieść, kiedy schodząc z Wyżyny Tytaris kierowała się ku najbliższemu miastu, znajdującego się w Quben. Randall wspominał jej, że kiedy przejdzie zachodnią przełęczą kilkanaście stajen dalej, znajdzie drobną osadę, jednak nie było po niej śladu, z pewnością zagubiła się, kiedy z lodowatych szczytów Wyżyny dotarła do wiecznie zielonych lasów kraju urodzaju. Oparła się zmęczona o podmiejskie mury, które zmuszona była otoczyć. Były tylko dwa wejścia, a ona akurat znalazła się zbyt daleko od każdego z nich. Z czołem przyciśniętym do chłodnych kamieni tworzących mury obronne starała się uspokoić swój oddech. Jest już tak blisko, od celu dzieli ją jedynie kilkanaście kroków. Przeszła tak wiele, nie może się poddać na samym końcu. Musi jedynie wykrzesać z siebie resztkę potrzebnej do marszu energii.
Wygrzebała przytroczony do tobołów bukłak, zębami wyrwała z niego korek. Wypluwając go na rękę sprawdzała ile jeszcze ma w manierce. Ledwo zachlupotało. Trudno, w mieście musi uzupełnić swoje zapasy. Pieprzona wódka, ale gdyby nie ona, nigdy nie przetrwałaby całej swojej tułaczki. Tobiasz... Tobiasz wiedział co robił, kiedy starał się jej przekazać swoją wiedzę na temat drogi. Nauczył ją wielu rzeczy. Tobiasz... ojciec, którego zawsze pragnęła mieć.
Wzniosła skórzaną manierkę ku górze, jedną ręką lekko odpychając siebie od murów miasta, oczy rozświetliły jej promienie Sawynii wysoko wiszącej nad horyzontem. Było tak cholernie duszno, jeszcze szybko nie przywyknie do klimatu panującego na olbrzymiej równinie. Aktualnie otaczał ją sam las, jednak wiedziała, że na wchodzie w stronę Wybrzeża rozciągają się pasma urodzajnych gleb. Jednak jeszcze szybko tam nie dojdzie, przed nią wędrówka przez całą krainę. Póki co, musi się skupić na odzyskaniu sił a morderczy marsz przez nieznaną dżunglę wycieńczył ją całkowicie.
Kilkoma szybkimi ruchami wysuszyła całą zawartość. Chuchnęła, nie musiała przegryzać, w Tytarisie nauczono ją jak pić wódkę. Oblizała spierzchnięte wargi, ponownie przytroczyła do tobołów swój pusty w tym momencie bukłak i ruszyła w stronę bramy, która powoli ukazywała się jej półprzymkniętym oczom. Jeszcze tylko kawałek, jeszcze chwila, a znajdzie się w tym cholernym mieście. Nie wie czego może się w nim spodziewać, nieważne. Interesuje ją jedynie jakiś szynk oraz siennik rozłożony na polepie, nic więcej do szczęścia nie będzie jej potrzebne.
Powłócząc nogami oraz opierając się o pokryte delikatnym nalotem mchu mury dotarła do olbrzymiej bramy, przy której stało dwóch uzbrojonych żołnierzy. Spojrzeli na nią z zaciekawieniem, pewnie w ich oczach nie wyglądała lepiej niż niejeden żebrak starający się znaleźć miejsce dla siebie wśród baraków rozrastających tuż za wejściem. Stanęli przed nią blokując jej drogę, machnęła na nich ręką, jednak żaden z nich się nie odsunął. Taksując ją wzrokiem pukali okutymi w skórzane rękawice palcami w trzony swych mieczy. Zrezygnowana oparła się rękami o własne zgięte kolana i spojrzała im w oczy.
– Wpuśćcie mnie, do cholery. Ledwo na nogach stoję.
Ostrzejszy ton głosu zbił z tropu strażników. Spodziewali się raczej błagalnego pojękiwania o możliwość wejścia do miasta. A tutaj jakiś włóczęga, ledwo stojący na nogach stara się wejść im w paradę.
YOU ARE READING
Rendħáyk Uesnén
FantasyHistoria przełamująca stereotypy, z przymrużeniem oka opowiadająca o problemach doczesnych, które zostały umieszczone w czasach średniowiecznych. Zawiera to, co polska fantastyka ma w sobie najlepszego- poczucie humoru, przygody, wojownicy, magia or...
