Rozdział 1

72 12 1
                                        

Była noc. Księżyc w pełni oświetlał swym srebrzystym blaskiem zapomnianą, boczną drogę biegnącą przez las na prawo od głównego traktu. Niespodziewanie, niczym intruz, w harmonię odgłosów nocnego życia wdarł się stukot końskich kopyt.

To samotny jeździec, skrywając się w cieniu drzew, przemierzał wybraną przez siebie ścieżkę z dala od ludzkich oczu. Na pochyloną głowę miał nasunięty kaptur od długiej, czarnej peleryny zakrywającej zad drobnej, karej klaczy. Przemieszczał się powoli, rozkoszując się samotnością.

- Ćśś... Moja miła... Ćśś... To tylko gałązka - uspokoił swego wierzchowca cichym, lekko zachrypniętym przez suche gardło głosem, głaszcząc delikatnie po smukłej szyi, gdy ten wystraszył się trzasku łamanej gałęzi.

Do pleców miał przymocowany skórzany kołczan, do siodła przytroczony łuk. Niezwykle piękny, elficki łuk z wyrytymi na łęczysku magicznymi runami. Co bardziej domyślna osoba już po tym mogłaby poznać, iż ta tajemnicza istota nie była zwykłym człowiekiem. Zwykli ludzie nie posiadali elfickich łuków.

- Moja miła... Widzę przytulną polanę, może byśmy się tam zatrzymały na postój? - wyszeptał jeździec, na co klacz parsknęła radośnie, wyrażając w ten sposób swoją aprobatę, po czym skręciła zgodnie z wolą swego pana w głąb lasu.

W pewnym momencie jedna z gałęzi zahaczyła o kaptur peleryny, strącając go z głowy właściciela, którym okazała się być młoda dziewczyna. Jej czujne, lśniące oczy miały barwę onyksu, a długie, zaplecione w luźny warkocz, nieskazitelnie białe włosy skrzyły się niczym śnieg. A uszy... Uszy jej były spiczaste, lecz o wiele delikatniej, niż u leśnych elfów. Nie była ona więc czystej krwi elfem, mimo srebrnej cieczy spływającej ze skaleczonego policzka, która mogła być tylko krwią o kolorze właściwym zaledwie istotom błogosławionym przez Panią Lasów, do których należały jedynie elfy i jednorożce.

Królowa Puszczy, bo tak również była Ona nazywana, wybrała te stworzenia na opiekunów i strażników swego Królestwa. Niestety ludzie prawie całkowicie je wytępili swym ogniem, żelazem i nienawiścią razem z ich domem. Nawet Matka Natura była wobec człowieka bezsilna, gdyż on również był jej dzieckiem, a ona miała zbyt czułe serce, aby pozbawić życia jakiejkolwiek stworzonej przez siebie istoty.

- To tutaj, moja miła... Teraz będziemy mogły odpocząć - to mówiąc, dziewczyna powoli zsunęła się z grzbietu wierzchowca, miękko lądując w soczystej trawie. Następnie zdjęła siodło wraz ze wszystkim, co było do niego przytroczone. Kiedy przechodziła koło głowy klaczy, ta potrąciła ją pyskiem w ramię. Białowłosa się do niej odwróciła i spojrzała prosto w oczy. Zobaczyła w nich pytanie zabarwione troską. „Pani, jesteś ranna?", zdawały się mówić.

- Nie bój się, Keva... To nic takiego, przyjaciółko - powiedziała spokojnie i czule pocałowała końskie chrapy, ale jej przyjaciółka nie dała się nabrać. Jej pani skłamała, ale co biedna Keva mogła z tym uczynić? Była tylko koniem, a gdy spojrzała na dziewczynę z wyrzutem, ta tylko perliście się zaśmiała, po czym położyła się na polanie, opierając głowę o siodło i opatulając się ciepłą peleryną, pod którą skrywała przesiąknięte srebrną krwią, postrzępione ubranie.

Była tak bardzo zmęczona, że nie miała ani siły, ani odwagi obejrzeć własnych ran.

- Sheena! Gdzie jesteś skarbie? Sheena! - słyszała wołanie swojego ojca. Znowu się schowała, a on jej szukał. - Sheena! Wyjdź! Proszę, kochanie, wyjdź do tatusia! - prosił ojciec. Zdawał się być coraz bliżej jej nowej kryjówki, gdyż jego głos stawał się głośniejszy.

Serce zabiło jej szybciej w piersi, kiedy przeszedł obok, wzbijając w powietrze chmurę kurzu swoimi ciężkimi butami. Westchnęła cicho z ulgą, gdy odgłosy jego kroków zaczęły się oddalać a wołania cichnąć.

Aż nagle... Nastąpiła całkowita cisza, zakłócana jedynie jej nierównym oddechem. Wtedy już wiedziała. Ojciec ją znalazł i nie miała jak mu uciec.

Obudziła się zlana potem, klejąc się całkowicie od zaschniętej krwi. Usiadła gwałtownie, na co Keva zarżała niespokojnie, zaskoczona zachowaniem swojej pani. Dziewczyna ledwo łapała oddech, a jej oczy były przepełnione przerażeniem, serce głośno kołatało się w piersi.

- To był tylko sen, to nie działo się naprawdę... To był tylko sen... - zaczęła powtarzać w kółko, starając się uspokoić. Obawiała się, że tak silny stres może wzmóc krwawienie, które i tak było poprzedniej nocy bardzo obfite. W dodatku nie mogła pójść do lekarza i była zdana tylko na siebie.

Słońce powoli zaczynało się wyłaniać znad horyzontu, gdy wstała z ziemi całkowicie obolała, wycieńczona przez utratę krwi i ani trochę bardziej wypoczęta, niż gdy kładła się spać. Jedyną rzeczą, o której wtedy myślała, była konieczność założenia opatrunku.

- Keva... Gdzieś w pobliżu jest wodospad, słyszę jego szum - powiedziała do klaczy po dokładnym wsłuchaniu się w otaczające ją odgłosy, po czym przymocowała jej do grzbietu siodło wraz z resztą ekwipunku. Wszystko szło jej bardzo wolno, bo ledwo utrzymywała się na nogach bliska omdlenia.

- Musimy tam pójść - wyszeptała, gdy ostatkami sił wspięła się z trudem na grzbiet Kevy, która ruszyła w kierunku wcześniej wskazanym przez dziewczynę. Starała się stąpać jak najostrożniej, żeby jej pani przypadkiem nie spadła. Nim jednak doszły do celu, dziewczyna straciła przytomność.

Sheena. Złudna nadziejaStories to obsess over. Discover now