Właśnie stałam przed drzwiami domu, wcześniej odwiedziłam pizzerię i zaniosłam kasę. No i rower. ,,No to mi się oberwie" – przeszło mi przez myśl i nie zastanawiając się dłużej, przeszłam próg domu. Jeśli mam szczęście, on śpi.
Zaczęłam cicho się rozbierać. Nim odłożyłam kurtkę na wieszak, usłyszałam delikatne kroki mamy.
- Dziecko, jesteś wreszcie – powitała mnie w szlafroku.
Wcześniej wysłałam jej SMS-a, w którym wytłumaczyłam całe zajście.
- Gdzie ojciec?
- Wyszedł z domu po dwudziestej pierwszej i jeszcze nie wrócił.
Widziałam niepewność, malującą się na jej twarzy. Przygryzłam wargę.
- Mamo, wszystko w porządku. Połóż się.
Wstyd przyznać.
Wstyd.
Ale troska o niego była w tamtej chwili niczym przy uldze, jaką poczułam.
Jeszcze przed zaśnięciem myślałam o dziwnej rozmowie Janka i Filipa. Myślałam o tym też całą drogę do domu. Wiem, że to nie moja sprawa i właściwie nie powinno mnie to obchodzić, ale z jakiegoś powodu nie dawało mi to spokoju – pewnie przez przeczucie, że nie miałam tego usłyszeć. Z jednej strony mówiłam sobie, że to nie moja sprawa, z drugiej czułam dziwny niepokój. A może to tylko mi się przyśniło? Ale skąd by mi się wziął jakiś Florek...?
Gdy już miałam zasnąć, przypomniałam sobie o istnieniu telefonu i o wiadomości, która przyszła wtedy w windzie. Sprawdziłam. Od Maksa. ,,Napisz, jak wrócisz do domu". Od razu zrobiło mi się cieplej w środku. Odpisałam i, nieco weselsza, zasnęłam.
***
Jakoś o ósmej nad ranem obudziły mnie głosy, dochodzące z dużego pokoju. Należały do mamy i ojca...z tym, że ten drugi był jakby zmieniony.
Zaraz...No nie, nie wierzę.
Wstałam nieco za szybko, co kosztowało mnie chwilowym odebraniem równowagi i mroczkami przed oczami, ale nie zważając na to, doszłam do salonu. Stanęłam w futrynie.
Moim oczom ukazał się nietypowy widok.
Ojciec leżał na kanapie z jedną nogą zgiętą, a drugą zwisającą bezwładnie z krawędzi mebla. Mama trzymała w rękach kubek z jakąś dziwną miksturą – wolałam nie wiedzieć, co to. On coś bełkotał, a ona mu co jakiś czas przytakiwała.
- I ta baba m-mi mówi tak: nie ma – tutaj udał bezradną minę, jak zapewne według niego miała wspomniana ,,baba". – I n-nie b-będzie. R-rozzumiesz, Dorotka?– mama przytaknęła. - Kkoniec...Ale n-nogi – przerwał na chwilę i głośno beknął – nogi to miała całkiem niezzłe...Ooo, M-marcelinka, dz-dziecko – wreszcie mnie dostrzegł i wysilił się na grymas, który miał być chyba uśmiechem. – Marcelinka – powtórzył i nagle mina mu zrzedła. – Zzejdź mi z...z....z ooczu. Słyszysz? Zejdź mi z oczu – to ostatnie zdanie jakimś cudem wypowiedział bezbłędnie. – Ty... w ssamolocie... K-koniec...nnie będzie...nie... – i odleciał do krainy snów.
Mama posłała mi znaczące spojrzenie.
Ja w dalszym ciągu byłam w lekkim szoku.
Pierwszy raz widziałam upitego ojca. Pierwszy raz od siedemnastu lat. Naprawdę. Był jaki był, ale nigdy nie nadużywał alkoholu. A teraz...teraz nawalił się nieźle.
YOU ARE READING
Przypadki wpadają na ludzi
FanfictionŻycie to splot przypadków. Czasem sekunda, jedna myśl, impuls decyduje o naszej przyszłości. A może wcale nie ma przypadków? Może wszystko, co nas spotyka, było zaplanowane z góry? Marcelina ma siedemnaście lat, bagaż trudnych doświadczeń, dom, do k...
