8 styczeń 2008

1 0 0
                                        

Wszystko gdzieś zacząć się musi.

Każdy kiedyś miał taki dzień, gdzie potrafił godzinami zastanawiać się, jakby to było. Co mogło by się przytrafić, co mogło by być powodem aby życie stało się wielką nicością. Nicością tak absurdalną że aż głupią. And here i am, mieszkając w brudzie, otoczony zimnymi ścianami, pluskwami, jak i tym smrodem który ciągle się od mnie unosi. Jakim cudem do tego doprowadziłem? A skąd ja mam to widzieć. Nikt tego nie wie nawet ja sam.
Pamiętam że zdarzyło się to nagle, jakby cały świat stanął mi przed oczami. Była to zima 2007? coś koło tego. Pokłóciłem się z moim ojcem. Ojcem który postanowił że sprawi mi piekło, ale czemu? Też się zastanawiam. Można powiedzieć że była to początek czegoś nowego, można powiedzieć żywego. Będąc bardzo mądrym dopiero co po 16 urodzinach a ja już jestem bez dachu nad głową. Ale ale ale może i byłem wtedy nie myślącym nastolatkiem, ale co miałem zrobić? Zostać z ojcem który prędzej czy później wpędził by mnie w jego własne ślady?
Pamiętam to dobrze, trochę jak przez mgłę postanowiłem uciec. I to wykonałem, i od razu po wyjściu z domu zdałem sobie sprawę, "a gdzie do cholery ja mam się teraz podziać?" To pytanie mnie zalało od góry do dołu. Ale cóż, trzeba było szybko działać. Pierwsze dni pomieszkiwałem na ławkach w parku, na starej zdezelownej drewnianej scenie czy też po prostu w rowie. Najgorzej było ukrywanie tego przed nauczycielkami jak i rówieśnikami no bo halo, jak to masz 16 lat i jesteś bez domu? A bardzo mocno nie chciałem trafić do domu dziecka. Nigdy bym sobie tego nie wybaczył.
Aż pewnego styczniowego dnia, był to 8 jak nie 9 styczeń gdy przechodziłem tą samą ścieżką obok szkoły. Zauważyłem kawałki metalowych blach opartych o coś co wyglądało nie winnie, jak małe okno. Postanowiłem że zajrzę. I nagle mnie Olśniło, kiedyś najczuciel histori opowiadał nam że po wojnie szkoła dostała gruntowny remont, gdzie budynek został zbudowany na nowo na starych gruzach szkoły. Czyżby to była zapomniana strefa tejże oto placówki? Chuj w to, postanowiłem że wejdę do środka i zajrzę. I wtedy dostałem nowego i to lepszego olśnienia. To jest to, mój nowy dom. I tak zacząłem powoli zbierać różne śmieci, a tu materac wywalony na śmietnik, a tu jakaś stara lampka, a tu jakieś stare prześcieradła i kołdry. I tak po paru dniach zbierania śmieci powstał mój mały dom.
Pewnie się zastanawiacie? Ale jakim cudem ja mogę przeżyć bez jedzenia i picia? Ha! I tutaj jest ta piękna nazwa "wolna wola" kradzież. Kradłem ze stołówki, kradłem ze sklepów, kradłem ze stoiskow na targu kradłem wszystko co wlazło mi w moje młode dolne. Nie było to jakieś trudne aby się tym zająć jakby, cmon. Kto by podejrzewał takiego jeszcze w miarę ładnie wyglądającego dzieciaka o kradzież?
Zresztą wtedy miałem w dupie praktycznie wszystko. Szkoła? Chodziłem. Oceny? Jakieś tam były. Ludzie? Istnieli. Ojciec? Nie istniał. Przynajmniej dla mnie.
Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że zacząłem się przyzwyczajać. Do zimna, Do smrodu. Do tego że budzę się rano i przez pierwsze kilka sekund nie wiem gdzie jestem. Do tego że wieczorem nasłuchuję czy nikt nie chodzi przypadkiem w pobliżu.
Do tego że moje życie zaczęło wyglądać jak jakiś gówniany survival, tylko że nikt nie powiedział mi jakie są zasady.
I wiecie co? Było mi z tym nawet dobrze.
Nie dobrze w takim sensie że byłem szczęśliwy. Absolutnie nie. Po prostu... miałem spokój.
Nikt mi nie mówił co mam robić.
Nikt nie pytał gdzie byłem.
Nikt nie pytał czemu jestem taki cichy.
Mogłem siedzieć godzinami i patrzeć w jedną ścianę. I nikt nie miał z tym problemu.
Właśnie wtedy chyba pierwszy raz naprawdę polubiłem samotność.
Albo może samotność polubiła mnie.
Nie wiem.
Pamiętam za to jedną rzecz.
Gitarę.

Miałem ją już wtedy. Nie pamiętam nawet dokładnie skąd ją dostałem. Wiem tylko że była ze mną praktycznie cały czas. Stara, trochę poobijana, z kablami które wyglądały jakby miały zaraz umrzeć razem ze mną. Nie była żadnym drogim sprzętem. Nie była nawet specjalnie dobra.
Ale była moja.
I chyba właśnie dlatego była ważna.
Potrafiłem siedzieć w tej swojej małej norze i godzinami coś na niej brzdąkać. Bez planu. Bez żadnego celu. Czasami wychodziło coś co nawet przypominało muzykę, a czasami był to zwykły hałas.
Najczęściej to drugie.
Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ten hałas będzie miał kiedyś nazwę.
Nie wiedziałem też, że kilka miesięcy później poznam ludzi, z którymi spróbuję zrobić z tego coś większego.
Vomiting Dirt.
Tak miało się to nazywać.
Brzmi głupio?
Oczywiście że brzmi głupio.
Wtedy uważałem że brzmi zajebiście.
Plan był prosty. Grindcore, goregrind, crust punk i wszystko co tylko mogło brzmieć jak rozpadający się kontener na śmieci.
Nie mieliśmy sprzętu.
Nie mieliśmy pieniędzy.
Nie mieliśmy nawet pojęcia co właściwie robimy.
Mieliśmy za to gitary, trochę ambicji i zdecydowanie za dużo wolnego czasu.
Ale to jeszcze nie było wtedy.
Wtedy byłem tylko ja.
Siedzący w swojej dziurze, z gitarą opartą o kolano i lampką która ledwo świeciła.
Czasami zastanawiałem się jak długo jeszcze tak będzie.
Czy kiedyś ktoś mnie znajdzie?
Czy ktoś zauważy że od kilku tygodni praktycznie nie wracam do domu?
Czy ojciec w ogóle zauważył że mnie nie ma?
To ostatnie pytanie było chyba najgorsze.
Bo odpowiedź znałem.
Pewnie nawet nie zauważył.
A przynajmniej tak wtedy myślałem.
Dzisiaj wiem trochę więcej.
Ale do tego jeszcze wrócimy.
Na razie była zima.
Styczeń.
Ja miałem szesnaście lat, gitarę, kilka koców, materac znaleziony przy śmietniku i dom zrobiony z czegoś, co prawdopodobnie nigdy nie powinno zostać nazwane domem.
I co najważniejsze...
Miałem spokój.
Pierwszy prawdziwy spokój w moim życiu.
Nie wiedziałem jeszcze, że długo nie potrwa.

Dziennik Michała.Stories to obsess over. Discover now