Tam, gdzie śpi czas...

5 0 1
                                        

Cześć! Zanim zacznę pragnę tylko powiedzieć, że wyrażam pełny szacunek Autorowi dzieła i jeśli ktokolwiek został czymś urażony z góry nie miałam tego w zamiarze.
Niestety nie udało mi się znaleźć nazwy dzieła, lecz jeśli zostało ono w jakiś sposób nazwane, a ja to pominęłam, również przepraszam.

Chciałbym też podziękować ludziom, którzy mnie wspierali w mojej twórczości i zawszę wyciągali z niej więcej niż ukazuje zwykła kartka papieru.

•••

Tam, gdzie śpi czas...

Wszędzie wiły się kępy pajęczyn, a pomiędzy nimi stałem ja - malutki człowiek. Nie wiem, jak się tutaj znalazłem, sam z pochodnią, która ani trochę nie ogrzewała. Jakby każda cząstka tego dziwnego miejsca pochłaniała jej ciepło. I chociaż powietrze mroziło moje żyły, dalej szedłem po kamiennej posadzce. Popielna wykładzina odbijała się tworząc przerażająco miedziany odcień nieba. Z każdym moim krokiem jedna warstwa pyłu przykrywała drugą, złoty piasek plątał mi się pod nogami, a powiewy wiatru pchały kurz i brud prosto w moją twarz. Promienie słońca prawie w ogóle nie przebijały się przez grube i ciężkie chmury, które wiły się na niebie.
Czułem się bardzo zagubiony i już dawno straciłem rachubę czasu. Byłem tu już naprawdę długo, idąc cały czas przed siebie, albo przynajmniej tak mi się wydaje. Może całe to miejsce było tylko złudzeniem albo jawą? Tak dużo pytań zadawałem sam sobie podczas tej tułaczki. To wszystko wydaje się być jak zakrzywienie czasu i przestrzeni, ale jedno wiem na pewno - nie powinno mnie tutaj być.
Mijały godziny, a ja to raz robiłem wyliczanki, rozmawiałem sam ze sobą albo grałem w państwa miasta. Potrzebowałem jakos zabić czas, który wydawał się nie kończyć. Coraz bardziej odczuwałem zmęczenie, a co jakieś pięć minut oczy delikatnie mi się kleiły, jednakże żadne uczucie, strach czy chłód czy zmęczenie nie pożerało mnie bardziej niż przerażające posągi wokół mnie. Każdy z nich liczył może z 20 metrów wzwyż. Choć były naprawdę proste i minimalistyczne, bez żadnych ornamentów albo innych detali, sprawiły, że ściskał mi się żołądek na ich widok. Były strasznie dziwne i tajemnicze do tego stopnia, że nie umiem tego opisać. Czułem, jakby mnie obserwowały.
Nie wiem, jaka siła mnie podkusiła, ale postanowiłem podejść bliżej do jednego z nich. Powoli i uważnie zbliżyłem się i przesunąłem palcami po kawałku monumentu.
- Niesamowite... - wyszeptałem. - To jest tak gładkie! - dodałem, przykładając głowę do rzeźby i patrząc na niekończące się jej kopie. Ich surrealistyczna architektura sprawiała, że miałem ciarki na plecach i chociaż były niepokojące, to coś przyciągało mnie do nich.
Po moich słowach zrobiło się jakby ciszej. Nagle ucichły podmuchy wiatru, które wcześniej jak na złość wiały pod prąd. Cisza nieznośnie piszczała mi w uszach, że zaczęła momentalnie boleć mnie głowa. Nie wiedziałem co zrobić, czy to mój wymysł czy to naprawdę. Starałem sie uspokoić oddech, ale to nic nie dawało. Po kilu minutach powolnego i głębokiego oddychania usiadłem przy posągu, bo zrobiło mi się słabo.
Co się stało, że się tu znalazłem? Czym tak bardzo zawiniłem? Jestem przecież zwykłym cywilem, obywatelem, który wiedzie sobie spokojne życie i niczego więcej nie potrzebuję niż domu. Zadawałem sobie pytania w głowie i jednocześnie szukałem na nie odpowiedzi.
Nawet nie zauważyłem kiedy, ale przysnąłem. Mój sen niespodziewanie przerwały dziwne dźwięki.
- Co do... - nie dokończyłem, powoli podnosząc się z posadzki. - Czy to... oddech?
Strzepałem z siebie resztki pyłu i skupiłem się na dźwięku. To był oddech. Płytki i ciężki, a to w dodatku nie jednej osoby, a kilkudziesięciu. Echo rozchodziło i rozstrzępiało dźwięk na miliony kawałeczków, powodując, że brzmiał on jeszcze okropniej.
Zacząłem biec, nie oglądając się za siebie, a oddechy tylko się nasilały. Zrobiło mi się gorąco i czułem, że nie dam rady biec dalej.
- Kto tu jest?! - krzyknąłem tak głośno, jak tylko potrafiłem, a po chwili przypomniałem sobie o moim bolącym gardle, które dopiero teraz dawało o sobie znać.
W pewnym momencie wszystkie oddechy ucichły. Serce waliło mi jak szalone i zastanawiałem się, czy to koniec, czy tak właśnie umrę. Czy może już umarłem?
- Kim jesteście?! - szepnąłem desperacko, słaniając się na kolana.
- Wszystkim - odpowiedziały chórem niczym jedność.
Spojrzałem na jałowe chmury, a potem na wszystko wokół, zastanawiając się, czy stoję na jednym z nich. Przeszedł mnie dziwny dreszcz, trochę ze zniesmaczenia, ale byłem zmieszany. Nie wiedziałem, co zrobić, o ile mogłem cokolwiek.
- Jak mnie słyszycie, przecież jesteście tacy wysocy? - zapytałem gwałtownie.
Po krótkiej, dość niezręcznej ciszy wszystkie czaszki służące jako głowa zwróciły się ku mnie. Znowu zrobiło mi się niedobrze i słabo.
- Nie jesteśmy nimi, w żadnym razie - odpowiedział jeden i chyba zauważył, że z przerażeniem wpatruję się w jeden z posągów. - Są one tylko ciałem dla naszej nieśmiertelnej duszy, która potrzebuje stałego miejsca.
- To w takim razie kim jesteście? - zapytałem, podchodząc do posągu, który był najbliżej mnie.
- Jesteśmy wszystkim. Historią Ziemi, każdą sekundą, która była, jest i dopiero będzie. Jesteśmy eonami.
Jego słowa totalnie zmiotły mnie z planszy. Stałem w miejscu tak zmieszany jak nigdy dotąd. To wszystko zdawało się niemożliwe.
- Ale... - dodałem ledwo słyszalnie, słaniając się z nóg.
- Nie ma żadnego „ale", chłopcze. Skoro już wiesz, czym jesteśmy, nie uważasz, że przychodząc tutaj, naruszasz święty spokój czasu?
Otworzyłem buzię, jakbym próbował coś powiedzieć, ale jedyny dźwięk, który z siebie wydałem, to drgający cicho oddech.
- Czy jesteś świadomy faktu, iż jesteś tak malutką i nieistotną osobą? Wszechświat jest tak kolosalnie ogromny, a ty - śmiałku - przychodzisz do nas i masz czelność nam przeszkadzać?
- J-ja... Ja nie wiem... - westchnąłem głośno i zacząłem wątpić, że jeszcze zobaczę mój dom. Byłem tak bezradny, a to było najgirsze.
- Trzeba mu pokazać - nagle ktoś wyszeptał.
- On musi zobaczyć - dodał inny.
Nagle wezbrały się szepty. Jedni się przekrzykiwali, drudzy rozmawiali w języku, którego nie byłem w stanie rozpoznać.
- Cisza! - krzyknął ten sam kobiecy głos, z którym rozmawiałem wcześniej. - To prawda, abyś zrozumiał, musimy ci pokazać.
- Co pokazać? - zapytałem ostrożnie, wstając z posadzki.
- Pokazać nas.
W jednym momencie cały obraz zaczął mi się mazać przed oczami. Zemdlałem i widziałem tylko, jak spadam poprzez dziwne korytarze świateł. Czułem, jakby kręgi z kręgosłupa wychodziły mi ze skóry, a każda kość próbowała ze mnie wyjść. Obudziłem się, najpierw oślepiony zbyt zakontrastowanym światłem słonecznym. Dopiero po chwili obraz zaczął nabierać kształtów. Gigantyczne paprocie i skrzypy otulone ciepłymi promieniami słońca, wiele sagowców i benetytów, a wszystko przypominało bujną dżunglę. Powietrze było tak rześkie jak nigdy dotąd, jakby żadna spalina czy smog nigdy nie tknęły choćby jego kawałka.
- Gdzie... gdzie ja jestem? - zapytałem zmieszany.
- W jurze - odpowiedziała jakaś kobieta.
Szybko obróciłem się w stronę źródła głosu, a moim oczom ukazała się piękna młoda kobieta z długimi blond włosami i spokojnymi, błękitnymi oczami. Trzymała kwiaty w ręku, a suknia jej spowita z jasnych materiałów powiewała delikatnie na wietrze. Z każdym jej krokiem flora za nią rozkwitała, a słońce świeciło jaśniej.
- Jestem Mezozoik, konkretnie Jura. Witaj, chłopcze. Dostąpił cię zaszczyt odwiedzić odległą prehistorię - dodała, po czym podeszła do jednych krzaków i zaczęła je odgarniać, odsłaniając tętniący świat życiem. - To jest właśnie świat dinozaurów.
Moim oczom ukazały się rzeczy, które nie dane były zobaczyć nikomu wcześniej. Ogromne wodospady błyszczące w promieniach słońca, żywo zielone drzewa. W oddali widać było nawet dinozaury chodzące niemalże wszędzie. Na niebie latały pterodaktyle i inne latające stworzenia, których nie rozpoznawałem. Cały obraz świata był wrecz zapierający dech w piersiach.
- Jak to możliwe? Czy to sen? - spytałem z niedowierzaniem, przecierawszy oczy. Podszedłem bliżej.
- W żadnym razie. Cofnęliśmy się dokładnie o 160 milionów lat. To czas, w którym ryby wyewoluowały i powstały jaszczury - odsapnęła kobieta.
- Ale jak to możliwe, że tu jestem? - zapytałem ją.
- Nie rozumiesz? Każdy moment, który przeżyliśmy, przeżywamy lub przeżyjemy, dzieje się w tym momencie. Wszystkie możliwe wersje was - ciebie i każdego innego człowieka - są rzeczywistością rozstrzępioną. Tylko ty w jakiś dziwny sposób jesteś tu i teraz, a ja, przenosząc cię tutaj, zabrałam cię z twojej pierwotnej rzeczywistości. Jesteś tu i teraz tak jak każdy z nas, co czyni nas wyjątkowymi - wytłumaczyła mi, siadając na kamieniu.
- Przepraszam... Nie chciałem się tutaj znaleźć, tam pomiędzy posągami. Co konkretnie chcesz mi pokazać poprzez umieszczenie mnie w tej rzeczywistości? - spytałem, siadając obok niej.
- To proste. Czy widzisz różnicę pomiędzy uniwersum, w którym ty żyłeś, a tym, w którym jesteś obecnie? - dodała.
- Oczywiście. Tutaj jest przepiękniej. Jesteśmy jedynymi ludźmi pośród natury - odpowiedziałem spokojnym tonem głosu.
- Dokładnie. Czy rozumiesz? Zniszczyliście tę planetę. Wy, ludzie, jesteście jedynie szkodnikami, które żerują na pięknie tej planety. Ona umiera - wyszeptała kobieta, a złote łzy zaczęły spływać jej po policzkach.
- Ja... - zacząłem, lecz przerwała mi, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
- Nic nie mów. Musisz przenieść się do następnego eonu, zanim spaczenie przeszłości odbije się na przyszłości - powiedziała, po czym otarła oczy z łez i wzięła kroplę na końcówkę palca. Podeszła do mnie i dotknęła nim mojego czoła. - Poczujesz lekki dyskomfort, więc staraj się głęboko oddychać, dobrze?
Ledwo dosłyszałem, co powiedziała na końcu, a świat wokół mnie zaczął wirować. Znowu towarzyszyło mi uczucie spadania i dziwny sen pośród korytarzy ze świateł.
W jednym momencie obudziłem się z sakramencko bolącym karkiem.
- Świetnie, najpierw kręgosłup, teraz kark. Ciekawe, co będzie następne - wypaliłem do siebie.
Przez pierwsze sekundy nie widziałem nic prócz niemiłosiernie jasnego obrazu, zbyt zakontrastowanego aż do tego stopnia, że nie wiedziałem, na co patrzę.
- Halo? Gdzie ja jestem? - zapytałem i trochę nie oczekiwałem odpowiedzi. Jednakże niespodziewanie nadeszła.
- Nie widzisz? Jesteś w twojej teraźniejszości. Ja jestem Kenozoik, a konkretnie Czwartorzęd. Trwam od kilku milionów lat aż do dziś - westchnął młody mężczyzna.
Po jego słowach obraz powrócił do normalności. Przede mną stał młody mężczyzna średniego wzrostu. Był ubrany jak zwykły cywil XXI wieku - w szerokie spodnie, szeroką koszulkę, a na głowie miał czerwoną czapkę z daszkiem założoną tyłem na przód.
Rozejrzałem się wokół i zobaczyłem najnormalniejsze ulice, ludzi siedzących i rozmawiających z galeriach i kawiarniach. To był mój zwykły świat.
- Wiesz, dlaczego jestem inny od nich wszystkich? - rzucił, chyba retorycznie, więc skinąłem mu głową, żeby mówił.
- W przeciwieństwie do innych ja siebie nienawidzę, wiesz? To właśnie moja epoka zrujnowała każdą poprzednią i te, co dopiero nadejdą. W pewnym momencie świat poszedł tak do przodu, że nie da się już go zatrzymać. Tutaj nie ma miejsca na błędy: skomplikowane obliczenia, medycyna, sztuczna inteligencja... - wymieniał chłopak, patrząc się na przechodniów.
- W tym momencie jedna bomba atomowa równa się kolejnej bombie, a po tym kolejnej i kolejnej, jak reakcja łańcuchowa. Zniszczycie tę ziemię i siebie nawzajem tylko i wyłącznie przez płytkie pragnienie władzy i mylne poczucie bycia istotnym. Sami zawieszacie się na szubienicy zbudowanej z niefundamentalnych kłamstw, a jedynym sposobem, żeby przetrwać, jest odpuścić.
Powiedział to na jednym tchnieniu, sam nie wiem jak. Podszedł do mnie i wytarł palcem kącik moich szklanych oczu.
- Musisz ocalić to, co po mnie zostanie, aby mógł narodzić się nowy, lepszy eon.
Po tych słowach dotknął mojego czoła, a ja po raz trzeci spadałem pośród świetlistych pomieszczeń. Wiatr wytarł mi oczy z łez i w milczeniu starałem się przetrawić to co właśnie usłyszałem. Z desperacją liczyłem, że tym razem ból mnie ominie, lecz gdy tak leciałem, przede mną pojawiła się czarna ściana i z impetem uderzyłem w nią twarzą. Tym razem moje kości policzkowe postanowiły opuścić moje ciało, a czaszka rozpadła się na setki kawałków. Już nawet nie skupiałem się na cierpieniach, a tylko i wyłącznie na tym, gdzie znajdę się tym razem.
W przeciwieństwie do poprzednich miejsc tutaj światło dzienne mnie nie oślepiało. Widziałem tylko czerń, nieskończoność. Próżnię. W jednym momencie zorientowałem się, że dosłownie wiszę w próżni, a pod nogami nie mam żadnego gruntu.
- Halo? - zawołałem, ale sam nie usłyszałem swojego głosu.
- Halo! - krzyknąłem ponownie z całych sił, ale jakby dźwięk w tym miejscu totalnie nie miał prawa bytu.
Po dłuższej chwili uświadomiłem sobie, że skoro to próżnia, to dźwięk się nie niesie. Porozglądałem się wokół siebie, gdy nagle coś wielkiego przysłoniło mi obraz. Było tak jasne, że przez chwilę nic nie widziałem. Zmrużyłem oczy i ujrzałem ciemny zarys postaci.
- Witaj - orzekła postać z dostojnym kobiecym głosem. - Aby coś powiedzieć, musisz o tym pomyśleć. Będziemy rozmawiać za pomocą telepatii, ponieważ znajdujemy się w próżni - dodała, a ja zrobiłem minę, jakbym wszystko rozumiał, ale nie rozumiałem niczego.
- Czy to słońce? - pomyślałem i zdziwiłem się, jak głośno rezonowały moje myśli. Mogło się zdawać, że powiedziałem to na głos.
- W żadnym razie - prychnęła kobieta, a jej głos zdawał mi się znajomy. - To Ziemia. Ziemia, która teraz tryska energią, a która kiedyś była żywym piekłem. Jestem Hadian. Pierwszą erą i matką wszystkich następnych.
Gdy to powiedziała, ciężko było mi to wszystko połapać. Większość czasu, nad jakim spędziła, tłumacząc mi, czym jest ta wielka kula ognia, zajmowałem się wpatrywaniem w kobietę. Miała ciemne, długie włosy, a pomiędzy nimi cierniste czarne róże. Bardzo jasne oczy i czarne łzy spływające jej po policzkach. Długą suknię, która była podarta, a jej postawa pokazywała, że postać przeżyła swoje. Zdawała się być taka smutna i przygnębiona, od razu zacząłem jej współczuć.
Minął dobry kwadrans zanim ogarnąłem się, że ten głos należał do kobiety, z którą rozmawiałem wczenśniej przez posąg. To ten najbardziej opanowany i dojrzały z wszystkich.
- Czemu znalazłem się akurat tutaj? - pomyślałem. - Jest was tyle, czemu akurat tutaj?
- Zobacz... Jesteś bardzo mały... A to wszystko, co nas otacza... Na przykład zobacz tam - to jest Proxima Centauri, druga najbliższa gwiazda po naszym Słońcu - odrzekła, ukazując mi kolejną kulę pochłoniętą płomieniami. - A tam? Widzisz, to jest kwazar. Jedno z najpotężniejszych źródeł promieniowania we wszechświecie, zasilane przez czarną dziurę.
Wskazała na kolejny dziwny obiekt przypominający czerwony wir.
- Wy, ludzie, za bardzo się poczuwacie... - mówiła spokojnie, jednak była zmieszana. - Nie rozumiecie, że nie wolno wam się wtrącać w tajemnice wszechświata? W sekrety Ziemi i natury? Nie bez powodu ich wam nie pokazano... Ta Ziemia wyglądała tak i znowu będzie tak wyglądać przez waszą ingerencję. Jesteście nic nieznaczącymi istotkami - ciągnęła. - Nic nie zmienicie. Już za późno.
Jej czarne łzy spływały już strumieniami. Ja stałem i przez pewien moment naprawdę zwątpiłem w ludzkość. Może to prawda? Może wszyscy jesteśmy nic nieznaczącymi bytami decydującymi między resztkami nadziei?
- Ale... to nieprawda - szukałem jakiegoś sensownego wytłumaczenia tego wszystkiego. Nagle mnie olśniło. - To, co mówisz, jest poniekąd prawdą... Ale przecież ci wszyscy ważni ludzie, tacy jak Newton, Einstein, Keats czy Chopin. Oni coś zmienili.
- Pewny jesteś? To elita. Elita ludzi, którzy żyją i umierają tak jak każdy inny. To nie czyni ich lepszymi. Oni tylko odkryli coś, czego nikt nie powinien znać - odparła lekko poddenerwowana.
- Jestem. To ludzie, którzy dobrze wiedzieli, gdzie jest granica, i ją przekroczyli. To dystrybutorzy, którzy zmienili świat tylko i wyłącznie dlatego, bo nie bali się go zmieniać. To czyni ich wyjątkowymi. Przecież wszystko, co piękne, kiedyś się kończy. Los jest pisany dużo do przodu, a my ludzie tego nie zmienimy. Zdaję sobie z tego sprawę, wiem, jak bardzo mały jestem, a jak duży jest wszechświat, jak bardzo jestem nieistotny. Jestem człowiekiem tak samo jak oni i tak samo będę korzystać z życia, póki mogę.
Nagle wokół mnie zebrało się kilkadziesiąt innych postaci. Próżnia zrobiła się gęstsza, jakby zaczęto ją mieszać z powietrzem. Mój oddech był coraz płytszy, a obraz zaczął mi się mazać.
W jednym momencie obudziłem się znowu pomiędzy setkami posągów. Wstałem tak obolały i zmęczony, że nawet nie wiem, ile czasu tam spędziłem.
- Yyy... czyli co to oznacza? - wypaliłem, trzymając się za głowę.
- Pokazałeś nam ciekawą perspektywę, chłopcze. Jesteśmy ci za to wdzięczni - powiedziała Hadian po kilku minutach ciszy. - Czy chcesz zostać z nami? Zostać jednym z nas?
Nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Ja... ja nie wiem... Może gdy nadejdzie odpowiedni moment? - rzuciłem trochę roztrzepany.
- Naturalnie.
- A czy pomoglibyście mi wrócić do domu? - zapytałem.
- Oczywiście, ale mamy tylko jedno pytanie.
Skinąłem głową na znak, że może mówić.
- Czy ty, chłopcze, który byłeś na tyle odważny, by przerwać nasz wieczny sen, zamierzasz przekroczyć granicę jak oni? - spytała spokojnie, a w jej głosie można było wyczuć nutę spełnienia.
- Ja już ją przekroczyłem.

- Ja już ją przekroczyłem

Oops! This image does not follow our content guidelines. To continue publishing, please remove it or upload a different image.

Zdzisław Beksiński

•••

Dziękuję każdej osobie, która doszła do końcu, wiem ze to może zdawać się trochę niepokojące i zdecydowanie bardziej kontrowersje.

Chciałam tez przeprosić, że wszytsko znalazło się w jednym "rozdziale" ale nie miałam pojęcia jak podzielić tekst gdyż był on pisany jako jedność.

Wszytskie prawa autorskie zastrzeżone.


Tam, gdzie śpi czas...Stories to obsess over. Discover now