I

10 2 0
                                        

Todd Anderson nie chciał jechać do Welton. Ni cholery chciało mu się słuchać tych wszystkich ludzi którzy jedyne co widzą to jego brata. Chciał wrócić do starej szkoły, może był tam prześladowany ale nikt nie milił jego imienia z Jefrym.

-Masz się starać- zimny głos ojca przeciął powietrze w samochodzie- jeśli chodź raz dostanę informacje o twoim złym sprawowaniu, osobiście pojadę do Welton i tak skopię ci tyłek że będziesz nieprzytomny przez następny tydzień. Ma się rozumieć?

- Tak sir-odpowiedział Todd niepewnym głosem. Ręce trzęsły się mu tak bardzo że nie mógł poprawić rękawa marynarki, w oczach miał łzy które za wszystkich sił nie chciał pokazać światu.  Jego matka spojrzała się na niego z zmęczeniem.

-Gdybyś tylko był jak twój brat...-zaczęła marzycielsko- Mówi się że to pierwsze dziecko jest nieudane, widocznie nie wszystkie przesądy są prawdą...

Todd cicho westchnął, z takim nastawieniem rodziców nigdy nie uda mu się wrócić do domu...

Było już późno gdy wychodził z szkoły, zostawał zwykle na zajęciach poza lekcyjnych by nie musieć wracać do rodziców. Nagle Todd usłyszał za sobą niski głos.

- kogo my tu mamy? Jeszcze w szkole? Nie tęsknią za tobą w domu?- odezwał się czwarto klasista, wysoki brunet o imieniu Rick od dawna upatrzył sobie Todda jako ofiarę do żartów.- Nie bój się mnie, przecież nic ci nie zrobię...- powiedział podchodząc do Todda i zaciągając go za szkołę.

- odpuść sobie Rick, p-prosze- odrzekł niepewnie Todd próbując wyrwać się z ucisku, nagle poczuł mocne uderzenie w policzek i ciepłą krew spływającą po policzku.

- No już,już- powiedział Rick ocierając czułe policzek.- Boli Cię aniele? - odparł Rick zadając kolejny cios w szczękę i odpalając papierosa, przyłożył go do ust Todda parząc go w usta dopóki młodszy nie zaciągnął się dymem kaszląc.- Może odprowadzę Cię dziś do domu? Jeszcze ktoś Cię zaatakuje- Cedził słowa głaszcząc Todda po głowie. Po zaprzeczeniu blondyna mocno kapnął go w brzuch sprawiając tym samym że blondyn uznał że wracanie z nim do domu jednak jest świetnym pomysłem.

Brunet zaprowadził młodszego do auta i posadził go na miejscu pasażera, przez całą drogę czule głaskał jego kolana dopóki nie dojechali pod dom Andersonów...

Todd otrząsnął się z wspomnienia,  może jednak nie chciał wracać do domu? Może Welton nie będzie takie złe? Może kogoś tam pozna i..., Todd mentalnie spoliczkował się w twarz, co on wygaduje? Welton będzie takie jak wszystko inne. Blondyn oparł się o szybę powstrzymując płacz. Nie ma gdzie uciekać, jest jak sarna na środku drogi, zginie i on i kierowca.

Todd nabrał szybko powietrze do płuc gdy zobaczył zbliżający się budynek Welton. Ściany były stare i ceglane ale mimo to i szkoła i ganek był zachowany w świetnym stanie. Na dworze było widać samochody i małe sylwetki uczniów i rodziców wchodzących na apel. Niektórzy podawali sobie dłonie, inni witali się po minionych wakacjach. Todd westchnął głęboko z rezygnacji. Jego Ojciec zacisnął mocno ręce na kierownicy.

- Słuchaj mnie szczeniaku-zaczął ostro.- Lepiej zachowuj się normalnie, jeśli chociaż raz przyniesiesz wstyd mi albo Twojej matce nie wiem czy użyje pasa, czy cegły.



Siemcia! Witam w pierwszym rozdziale, mega kocham Anderperry a że nie ma za dużo fandomów z nimi to uznałam że sama jakiś napisze. BŁAGAM piszcie jak macie jakieś pomysły i wgl bo to mega pomocne jest. Będę wstawiała mam nadzieje co tydzien i co...ymm miłego🌟

You're my poetry ( Anderperry )Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz