Rozdział 1

21 4 5
                                        

Minęły ponad dwa lata, odkąd tuż po ukończeniu szkoły zamiast iść na studia, podjęłam pracę w starej bibliotece miejskiej. Zajęcie to idealnie współgrało z moimi zainteresowaniami historią i dawnymi księgami. W tamtym czasie było to spełnienie moich marzeń.

Każdego dnia wracałam tą samą brukowaną ścieżką do domu rodziców, choć wkrótce potem wprowadziłam się do pustego domu mojej zmarłej babci, położonego zaledwie dwa numery dalej. Lubiłam zatracać się w urokliwych uliczkach Glen Aster, spokojnego szkockiego miasteczka wtulonego w łagodne wzgórza, miejsca, do którego rzadko kto zaglądał bez konkretnego powodu. Wyczuwałam jego kojący rytm i historie kryjące się w murach wiekowych domów. Atmosferę dopełniała spokojna tafla jeziora Asterfil, widoczna z okna mojej sypialni. Panował tu spokój, dla niektórych być może aż nazbyt głęboki.

Stojąc przed domem, skierowałam wzrok w stronę jeziora. Spokojna tafla wody lśniła między drzewami. Przez chwilę wpatrywałam się w przeciwległy brzeg, gdzie las stawał się coraz gęstszy. Miejscowi wspominali czasem o starej jaskini położonej za jeziorem, u podnóża wzgórza. Dla jednych były to tylko bajki, dla mnie zagadka czekająca na rozwiązanie.
Nigdy tam nie byłam. Nie miałam powodu, by tam iść.
A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Telefon w mojej kieszeni zawibrował. Sięgnęłam po niego, by odebrać. Pani Larsen? Co było tak pilnego, że nie mogło poczekać do jutra?
Usłyszałam jej głos w słuchawce.

- Sally... Przyjdź jutro godzinę wcześniej. Mamy górę roboty, a musimy się z tym uporać do końca tygodnia.

- Dobrze, pani Larsen. Będę na ósmą. - westchnęłam. Właścicielka biblioteki była przemiłą starszą panią, nigdy nie potrafiłam jej odmówić, nawet jeśli miałam inne plany.

Glen Aster dopiero budziło się do życia. Kierując się ku bibliotece przy starym rynku, nie słyszałam nic poza własnymi krokami i płynąca wodą w starej fontannie znajdującej się nieopodal. Życie w miasteczku zdawało się wtedy płynąć wolniej. Dotarłam na miejsce, potężne dębowe drzwi biblioteki wydały mi się lżejsze niż poprzedniego dnia. Nacisnęłam mosiężną klamkę i weszłam do środka, prosto w znajomą woń starego papieru i drewna. Pani Larsen już tam była. Jej siwe włosy upięte w kok podtrzymywała spinka z trzema perłowymi różami, a na jej twarzy rysowały się dziesiątki zmarszczek. Okulary zsuwały się na czubek nosa, co chwilę podsuwała je jednym palcem, na którym błyszczał pierścień z rubinem. Był prezentem od zmarłego już męża. Siedziała przy biurku, przeglądając jakieś listy, ale na dźwięk dzwonka nad drzwiami podniosła wzrok, a na jej twarzy natychmiast pojawił się ciepły uśmiech.

- Dzień dobry, Sally. Widzę, że punktualność masz we krwi - powiedziała, zdejmując okulary, a na jej czole pojawiły się znajome zmarszczki.

- Dzień dobry, pani Larsen - odparłam. - Jestem gotowa do pracy.

Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, wskazując gestem wąski korytarz prowadzący w głąb budynku.

- W starym pomieszczeniu po prawej stronie czekają książki historyczne i kroniki. Trzeba je posegregować i poukładać na półkach.

Sala pachniała papierem i woskiem podłogowym. Wysokie regały sięgały niemal sufitu, a wąskie smugi porannego światła przecinały tańczące w powietrzu drobiny kurzu. Pani Larsen podeszła do sterty ksiąg leżących na stole, a jej wskazujący palec uniósł się w górę.

- Obchodź się z nimi ostrożnie. W przyszłym tygodniu część z nich wyjedzie do antykwariatu. Gdybyś czegoś potrzebowała będę u siebie.

Gdy tylko drzwi zamknęły się z głuchym łoskotem, szybkim krokiem podeszłam do stołu. Mój wzrok przykuła duża, ciemnozielona księga. Ostrożnie dotknęłam palcami skórzanej oprawy, wyglądał ona na dzieło sprzed stulecia.
Tytuł „Lun'Avar" widniał na okładce, wypisany wyblakłą, złotą kaligrafią, a gdy otworzyłam księgę, jej pożółkłe karty natychmiast przeniosły mnie w zupełnie inny świat. Na pierwszej stronie znajdowało się coś intrygującego. Odręcznie narysowana mapa nadgryziona zębem czasu i niekompletna, opatrzona ledwie czytelną notatką. Pismo było pospieszne i wyblakłe, zdołałam odczytać tylko jeden szczegół, znajomo brzmiącą nazwę miasteczka: Glen Aster. Przewróciłam jeszcze kilka kartek. One również były gęsto zapisane zamaszystym pismem ręcznym, lecz tusz z biegiem lat tak bardzo wyblakł, że nie sposób było odczytać żadnych innych słów.
Co kryły te strony? Co przedstawiała mapa? Muszę się tego dowiedzieć.

Błękitna PełniaStories to obsess over. Discover now