I

42 3 1
                                        

Katedra Świętego Jerzego nigdy wcześniej nie przyjmowała tylu gości. Jedni ciekawi, inni przejęci, a jeszcze inni zupełnie obojętni na tak ważne wydarzenie, które już się działo. Lexa nie miała jeszcze korony. Stała przed ołtarzem w bogatej, ciężkiej szacie, z której nie tak dawno śmiała się Clarke. Była poważna. Jej dłonie lekko drżały. Włosy były splecione w piękne warkocze.

Ułożyła trzęsące się palce, a później całą dłoń na Świętej księdze znanej pod nazwą Biblii. Wszyscy na nią patrzyli. Możni, księża, lordowie. Biskupi patrzyli czy robi wszystko dobrze. Clarke łza spłynęła po policzku z zachwytu. Rycerze szczęśliwi, że będzie im dane służyć Lexie jako królowej. Ona sama była przejęta. Zwracała uwagę na wszystko co robiła. Gdy usłyszała słowa arcybiskupa, zrozumiała, że właśnie składa przysięgę. Słowa, które są najważniejszym w jej życiu

- Przysięgam bronić kościoła i mieszkańców Anglii. Będę przestrzegać prawa i sama wymagać by każda osoba w mym państwie go przestrzegała.

Gdy to wypowiedziała, ukłoniła się przed wysłannikiem Chrystusa. Zamknęła oczy. Serce biło jej jak szalone, a dłonie zadrżały jeszcze bardziej. Zaraz poczuła tłusty ślad na czole. Wstrzymała oddech. Później obu dłoniach, które w jednej chwili przestały się trząść. Gdy olejek wylądował na jej piersi, a kciuk arcybiskupa skończyła robić znak krzyża, wypuściła powoli powietrze. Całe napięcie i stres w tej chwili z niej zeszło, a spokój ogarnął jej ciało. Czuła jakby Bóg naprawdę wstąpił w nią w tej chwili, pobłogosławił jej rządy osobiście i pozwolił by mogła zostać sprawiedliwą królową.

Wręczenie insygniów przeszło jeszcze szybciej, ale najważniejszym momentem w całej ceremonii nie było wręczenie insygniów czy namaszczenie. Kolejnym etapem w koronacji było nałożenie korony na głowę następczyni. Te kilka następnych sekund były najważniejszymi w całym życiu Lexy i poddanych. Clarke wzięła głęboki oddech. Uśmiechnęła się szeroko.

W kościele zapadła cisza. Arcybiskup sięgnął po koronę. Uniósł ją wysoko. Woods się nie stresowała. Czekała na ten moment. Nie marzyła o nim, ale chciała go. Nie dlatego, że od tej chwili każdy z zebranych musiał wykonywać jej rozkazy czy się kłaniać na jej widok. Chciała ślubu z Clarke. Chciała zadbać o poddanych

- Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego koronuje cię, Lexo Woods na królową Anglii. - jego głos był dostojny, pełen dumy. Jego twarz poważna. Wszyscy uklękli. Rycerze wyciągnęli miecze, zaczęły bić wszystkie dzwony. Gdy korona wylądowała na głowie szatynki, słyszała jak ten wypuszcza ciężko powietrze. Otworzyła oczy. Poczuła ciężar tego wydarzenia. Powoli wstała. Uważając by korona nie spadła - Niech żyje Lexa, królowa Anglii!

Obróciła się twarzą do zebranych. Jej wzrok od razu padł na Clarke. Płakała. Ze szczęścia. Później spojrzała na Talbota. Nie uśmiechał się. Jego wzrok był pełen dumy. Ludzie mieli mieszane emocje, ale tylko zdanie tych dwóch osób wtedy się dla niej liczyło

- Niech żyje królowa! - wykrzyczeli wszyscy chórem.

Gdy koronacja dobiegła końca, rozpoczął się hołd. Najważniejsi możni ustawili się kolejno do królowej. Pierwszy był jej ojciec. Uklęknął. Ucałował jej dłoń i spojrzał w oczy

- Przysięgam ci wierność nasza piękna, angielska królowo... - jego głos wybrzmiał w czterech ścianach Świętego budynku. Uśmiechnął się na koniec i odszedł na bok dając reszcie możnych i bliższych osób do królowej.

Przybył Lincoln z uśmiechem, Murphy też się radując, ale z mniejszą radością. Margaret z rodu Lancasterów, Richard od Yorków czy nawet Abigail. Stara królowa okazała jej szacunek jedynie delikatnym pocałunkiem ręki. Niczym więcej. Inni rycerze, możni, wszyscy rządni pokazać nowej królowej jak bardzo ją szanują i są u jej boku. Królowa znów spojrzała na narzeczoną.

Ludzie wiwatowali. Lexa wyciągnęła dłoń w kierunku ukochanej. To nie było zaplanowane. Uśmiechnęła się delikatnie. Clarke w pierwszej chwili stała zaskoczona, ale podeszła i pozwoliła ukochanej chwycić się za rękę. Gdy to zrobiła, Lexa nie czekając, ucałowała jej dłoń po czym chwyciła za nią

- Ukochana... - wyszeptała patrząc jej prosto w oczy. Uśmiechnęła się miło i powiedziała głośno - Tyś połówką mą... Żoną i władczynią mego serca...

Clarke się zarumieniła. Nie powiedziała nic. Nie musiała. Po chwili wyszła u boku ukochanej.

Jadąc konno powozem, słyszała wiwaty mieszkańców oraz kościelne dzwony. Lexa nie chowała się. Wyjrzała przez otwór na okno. Patrzyła jak ludzie rzucają kwiaty pod końskie kopyta. Dzieci biegną za orszakiem, a żołnierze stoją dumnie ustawieni na dziedzińcu

- Kochanie... - usłyszała Clarke, ale nie zareagowała. Zawołała do rycerzy

- Zatrzymać powóz, pójdę pieszo. - gdy to powiedziała, Clarke zamarła. Lexa odwróciła się do niej z uśmiechem kiedy powóz się zatrzymał - Będziesz u mego boku, Pani?

Clarke się wahała

- Nie powinnyśmy...

- Dziś to ja jestem królową. Ja decyduje co powinno, a czego nie. - odpowiedziała z lekkim uśmiechem - Nie daj się prosić Clarkie...

- Dobrze...

Wysiadły. Lexa z uśmiechem rozejrzała się po swoich poddanych. Podeszła do dzieci stojących przy rodzicach. Ukłonili się. Chwyciła małego chłopca, który jeszcze był na rękach matki, owinięty w jakieś szaty. Pocałowała jego czoło. Zrobiła na nim znak krzyża. Później idąc, jakaś dziewczynka rzuciła jej lalkę, którą wzięła i podała Clarke. Zaczęła rozmawiać z mieszkańcami i rycerzami idąc. Nie zmieniła się ani trochę

Królowa Woods / ClexaStories to obsess over. Discover now