Rozdział 1: Morski rywal, cz. 1

50 1 7
                                        

Wśród opowieści snutych przez żeglarzy przy kuflach pełnych grogu na próżno szukałam swojego imienia. Wierzyłam jednak, że jeśli mój plan się powiedzie, wkrótce niektórzy przynajmniej pobieżnie wspomną o Ruby Storm – kapitanie niepozornego, ale nieustępliwego Rubinku... Pewnie przesadzałam. Chociaż niepozornym nazwą go bez trudu, to nieustępliwym już raczej nie.

Stojący przy ladzie posłaniec, którego obserwowałam, zamówił sobie właśnie kolejny kufel. Zniecierpliwiona przewróciłam oczami. Jadłam swoją zupę rybną najwolniej jak potrafiłam, by nie skończyć jej, zanim posłaniec zdecyduje się wreszcie opuścić tawernę. Zimna breja zdążyła się więc zrobić jeszcze mniej apetyczna niż na początku.

– ...jak Pogromca Burz.

Drgnęłam na dźwięk przydomku swojego ojca, a dłonią machinalnie sięgnęłam do blizny na piersi. Potarłam palcami zgrubienie ukryte pod luźną koszulą, rozglądając się uważnie po tawernie. W ostatnim czasie Pogromcy Burz nie wspominano zbyt często. Nie udało mi się jednak określić, kto – i co – o nim mówił.

Zawiedziona spojrzałam znów w stronę posłańca... którego nie było już przy ladzie. Z bezgłośnym przekleństwem poderwałam się z miejsca. Zapominając o niedojedzonej zupie, przepchnęłam się do wyjścia. Gdy wypadłam na ulicę, zdążyłam zauważyć, jak posłaniec wraz z kolegą skręcał właśnie za najbliższy róg. Zmusiłam się do spokojnego kroku, by nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Minąwszy skrzyżowanie, zobaczyłam przed sobą dwóch młodych mężczyzn. Chociaż wiedziałam, że posłaniec miał w torbie kilka listów, wyraźnie mu się nie spieszyło.

W cieniu pobliskich magazynów dostrzegłam towarzyszącego mi w zadaniu Christophera. Nieznacznie pokręciłam głową. Wolałam poczekać, aż posłaniec rozdzieli się ze swoim kolegą, zanim zaczniemy działać. Christopher oszczędnym ruchem dał mi znak, że zrozumiał.

Późnym wieczorem po ulicach nie kręciło się wiele osób. Większość prac została zakończona, a marynarze szukali zapomnienia w licznych portowych gospodach. W ślad za posłańcem skręciłam zaraz w stronę nabrzeża, gdzie tawerniany gwar przycichł. Pogrążone we śnie okręty trzeszczały leniwie, kołysząc się na sennych falach.

Mężczyźni zatrzymali się niespodziewanie. Zaskoczona przeoczyłam leżącą na bruku butelkę, a gdy ją przypadkowo kopnęłam, potoczyła się hałaśliwie. Skoczyłam za najbliższą beczkę, nim posłaniec lub jego kolega się odwrócił.

– Pewnie kot ją potrącił, nie panikuj – usłyszałam rozbawiony głos jednego z nich. – Pełno ich tutaj ostatnio.

Drugi mężczyzna odchrząknął z zakłopotaniem.

– To... widzimy się jutro? – zmienił temat.

– Pewnie, do zobaczenia!

Wyjrzałam ostrożnie zza beczki. Posłaniec ruszył żwawo w głąb miasta, podczas gdy jego kolega bez entuzjazmu powlókł się dalej w kierunku pomostów, przy których cumowały liczne statki. Pewnie służył na jednym z nich, a właśnie zbliżała się pora jego wachty.

Podążyłam ostrożnie śladem posłańca, omijając szerokim łukiem grupkę pijanych marynarzy przemieszczających się prawdopodobnie z jednej tawerny do drugiej. Ich głośny i okrutnie fałszywy śpiew odbijał się echem od ścian otaczających nas budynków. Gdy posłaniec znalazł się w opustoszałej uliczce, przed jego twarzą wyrosła nagle lufa pistoletu trzymanego przez Christophera. Nieszczęśnik odwrócił się gwałtownie, ale zastąpiłam mu drogę. Nerwowo przełknął ślinę, patrząc na ostrze mojego korda.

– Nie chcemy zrobić ci krzywdy – zapewniłam z uprzejmym uśmiechem. – Bądź tylko tak miły i pozwól nam przejrzeć zawartość twojej torby.

Ruby Storm: Piratka (ponoć) bez sercaMga kuwentong kahuhumalingan mo. Tumuklas ngayon