Lato miało się już ku schyłkowi, lecz tego poranka słońce, niczym hojny szafarz, nie żałowało miastu swych blasków. Wschodząc nad dachami, oblewało mury żywą paletą barw i niosło zapowiedź niemal lipcowego skwaru. Ulice budziły się z nocnego odrętwienia, wszczynając swą codzienną, wielogłosową symfonię. Chodnikami runęła fala spieszących do pracy przechodniów; głuche dudnienie kopyt końskich o granitowy bruk mieszało się z donośnym nawoływaniem przekupek i kupców, którzy od świtu, z właściwą sobie natarczywością, zachwalali towary w otwartych na oścież sklepikach.
Aczkolwiek w brudnych zaułkach śródmieścia panował ruch nieopisany, prawdziwym ogniskiem życia stała się w tej samej godzinie podmiejska rezydencja państwa Dębskich. Służba, ruszawszy do swoich zatrudnień, od wczesna dawała o sobie znać całemu domostwu. Pokojówki z godną pochwały gorliwością krzątały się po obszernych, tonących w kolorach korytarzach, ścigając najmniejszy pyłek kurzu. W kuchni, zasilonej pożywnym śniadaniem, wrzała praca niemniej ożywiona; kucharze, w wyśmienitych humorach, kręcili się wokół rozpalonych pieców, gotując ranny posiłek dla jaśnie pana hrabiego i jego rodziny.
Najwięcej jednak hałasu sprawiał stary ogrodnik. Człek ten, z natury porywczy, krzyczał wniebogłosy na utuczonego, czarnego kocura imieniem Rupert. Zwierzysko, z racji swej tuszy niezdolne do wdrapania się na potężne drzewo, od dobrych dwudziestu minut dopominało się żałosnym miauczeniem o pomoc, łakomym wzrokiem śledząc poranny koncert ptactwa, w którym upatrywało nader smacznego śniadania. Wewnątrz pałacu harmider ów powiększały jeszcze Oleńka, młoda dziewczyna do posług, oraz jej starsza przełożona, pani Miranda. Obie niewiasty spieszyły gdzieś raźnym krokiem, a ich czarne trzewiczki stukały rytmicznie o parkiet, milknąc jedynie tam, gdzie drogę słały puszyste dywany.
- Ach, pani - szczebotała Oleńka, ledwie dotrzymując kroku starszej kobiecie - hrabia pan od samego rana zdaje się dziwnie ożywiony myślą o dzisiejszej podróży do miasta. Czyżby jakie ważne interesa?
- Istotnie, moja droga, powód jest niebylejaki - odparła Miranda, przyspieszając jeszcze, na ile jej siły pozwalały. - Do miasta zjechał na rekonwalescencję ten stary jenerał od Sybilskich. Z tej racji rodzina wydaje dziś wieczorem skromny wieczorek.
- Pierwsze słyszę, aby hrabiego interesowały rauty u Sybilskich. Przecie dotąd stronił od nich.
- Bo też nie o salonowe plotki tu chodzi - rzekła Miranda, zniżając głos do tonu tajemnicy. - Ów stary, jak słyszałam, to wielka szycha na wojnie. Bóg jeden wie, jaki tam ma stopień, jenerał czy inny dygnitarz... - Machnęła ręką, jakby gubiąc się w wojskowej hierarchii. - Ważne, że z racji swych stosunków może posiadać wiadomości o panu Mikołaju. Przecie od czterech miesięcy nie mamy od biedaka najmniejszego znaku życia! - dokończyła ze smutkiem, spuszczając oczy, lecz nie zwalniając biegu.
- Ach! Więc istnieje nadzieja, że dowiedzą się, czy żyje? Toż to prawdziwe dobrodziejstwo!
- Tak, Oleńko. Może wreszcie ta nieznośna niepewność się skończy. Powiem ci w zaufaniu, że od dwóch miesięcy każdej nocy polecam go w modlitwach opiece Boskiej. Dałby Bóg, by te błagania nie były daremne.
Rozmawiając tak, stanęły wreszcie przed niewielkimi, dębowymi drzwiami sypialni i weszły cicho do wnętrza.
- Oleńko, żywo, każ przygotować wodę do kąpieli.
- Już się robi, pani Mirando! - zawołała dziewczyna i z wrodzoną sobie lekkością pobiegła ku pałacowym łazienkom.
Miranda tymczasem zbliżyła się do garderoby, skąd z nabożną czcią wydobyła suknię o modnym, zielonawo-fioletowym odcieniu i rozłożyła ją na krześle. Następnie podeszła do okien, zamaszystym ruchem odsunęła ciężkie kotary i otworzyła skrzydła okienne, wpuszczając do pokoju powódź słonecznego światła. Wraz z blaskiem do sypialni wtargnął gwar ogrodu. Zapalczywy ogrodnik, porzuciwszy sprawę z kotem, toczył akurat nową batalię - tym razem z dwoma kundlami sąsiadów. Nieznośne czworonogi, skorzystawszy z niedomkniętej furty, ganiały się w najlepsze po świeżo wypielęgnowanych grządkach kwiatów.
- A poszły, wy hultaje nieokrzesane! Sto razy wam powtarzałem! - wrzeszczał starzec, wywijając sękatym kijem.
- Wariat, czysty wariat - mruknęła Miranda, potrząsając głową z pobłażliwym uśmiechem.
W tym momencie do pokoju wsunęła się z powrotem Oleńka.
- Woda nalana, pani Mirando, ale trzeba się spieszyć, nim straci ciepło.
- Pomóż mi tedy obudzić panienkę - odparła ochmistrzyni i obie skierowały się ku monumentalnemu łożu, w którym, pogrążona w głębokim śnie, spoczywała młoda dziewczyna.
Oleńka z najwyższą ostrożnością tknęła jej ramienia - delikatnie, z taką samą trwogą, z jaką dotyka się bezcennej, saskiej porcelany. Śpiąca poczęła powoli otwierać powieki, mrużąc oczy przed natrętnym blaskiem poranka. Światło wydobywało z mroku pokoju żywe, ciepłe barwy, a z dołu, od strony kuchni, dolatywał rozkoszny zapach świeżo upieczonego chleba. Wszystko zdawało się biec dawnym, utartym trybem, z wyjątkiem jednej rzeczy, która dla tej nieszczęsnej istoty pozostawała na zawsze zamknięta - wielkiego, radosnego hałasu ziemskiego życia.
Jej uszy nie chwytały krzyków ogrodnika, nie słyszały porannego pacierza ptaków ani słów Oleńki, która, zwrócona do Mirandy, poruszała szybko wargami. Po chwili chora dziewczyna powiodła jedynie wzrokiem za pokojówką, która schyliła się u wezgłowia łóżka i podniosła z podłogi drewnianą laskę. Musiała, biedaczka, zrzucić ją niespokojnym ruchem w nocy, o czym - zrządzeniem surowej natury - sama nawet nie mogła wiedzieć.
Oleńka z czułością wręczyła starą, kruchą laskę dziewczynie, a ta przyjęła ją z wdzięcznością, składając skromny ukłon głowy. Surowa wada odebrała jej bowiem nie tylko zdolność percepcji jakichkolwiek dźwięków, ale zamknęła też jej gardło. Tak oto, podwójnie skrzywdzona przez los istota, nie mogła wykrztusić ani jednego słowa, będąc zmuszoną do komunikacji wyłącznie za pomocą mimiki, gestów rąk i ciała, lub po prostu licząc na to, że rozmówca zdoła wyczytać z jej oczu to, co pragnęła mu przekazać.
Na szczęście w przypadku Oleńki tak właśnie było. Dziewczyna od najmłodszych lat służyła w domu Dębskich, zarabiając w ten sposób na leczenie i utrzymanie swoich dziadków. Staruszkowie ci, jak na ówczesne czasy, dożyli sędziwego wieku i zdołali szczęśliwie spędzić z wnuczką jej dzieciństwo - a był to zaszczyt, którego w małych miasteczkach i wsiach nie doświadczała niemal żadna uboga rodzina. Ponieważ Oleńka towarzyszyła młodej hrabiance od dnia jej narodzin, obie dziewczyny zżyły się ze sobą do tego stopnia, że sam wzrok i wyraz twarzy panienki mówił pokojówce więcej, niż kiedykolwiek zdołałoby wyrazić tysiąc słów.
Miranda również posiadała tę umiejętność. Dostrzegłszy niemy gest dziewczyny, uśmiechnęła się ciepło. Po chwili, współdziałając z Oleńką, wsunęła ramiona pod pachy młodej hrabianki i wspólnymi siłami pomogły jej powstać. Biedaczka miewała z tym ogromne problemy; jej ciało było kruche niczym szkło, a mięśnie - choć z pozoru porządnie zbudowane - pozbawione były sił, co zupełnie uniemożliwiało normalne życie bez podparcia lub czyjejś pomocy. Hrabianka, gdy nikt nie patrzył, niejednokrotnie próbowała chodzić, a raz nawet biegać. Jak nietrudno się jednak domyślić, nie trzeba było jasnowidza, by przewidzieć finał tych prób - wszystkie kończyły się fiaskiem i głośnym upadkiem na pałacową podłogę. Gdy zaprowadziły rozbudzoną dziewczynę do łazienki i pomogły jej zdjąć ubranie, Oleńka z Mirandą zaczęły ją myć. Miały do tego naszykowane specjalne, miękkie szmatki z delikatnego materiału, bo zwykłe ręczniki, jakich używano w domu, mogły łatwo podrapać wrażliwą skórę hrabianki. Obie kobiety pracowały w skupieniu, a gdy ich dłonie spotkały się na plecach panienki, Oleńka zaczęła myć to miejsce z jeszcze większą, nabożną ostrożnością.
- Ach, pani Mirando - odezwała się nagle Oleńka, przerywając ciszę i wyraźnie zwalniając ruchy. - Czy pani też to widzi?
- Cóż takiego?
- Ta rana na plecach, ta sprzed tygodnia. Spójrz pani, wcale się nie goi. Aż mi się skóra cierpnie ze strachu.
- Nic dziwnego, Oleńko, że się nie goi - odpowiedziała Miranda, trochę szorstko, ale z wyraźnym współczuciem w głosie, kiedy delikatnie obmywała uszkodzone miejsce. - Panienka od dłuższego czasu prawie nic nie je, a na potrawy patrzy wręcz ze wstrętem. Co by jej nie przynieść, odwraca wzrok i nie chce nawet patrzeć na miski. A przecież wiem dobrze, że hrabia już dawno nakazał w kuchni, żeby gotować dla niej osobne, lekkie potrawy - takie, co to mają wzmacniać, a nie sprawiają trudności przy jedzeniu. Co z tego jednak, kiedy panienka nie ma wcale apetytu. Kobiety zamilkły jednocześnie, pogrążając się w głębokiej zadumie. Oleńka, nad wyraz zatroskana stanem swojej pani, a nade wszystko przyjaciółki, czuła w sercu ciężki niepokój; wiedziała dobrze, że ten uporczywy brak apetytu zwiastuje dla wątłego zdrowia panienki najgorsze kłopoty. Odpędziwszy jednak ponure myśli, powróciła do machinalnego, lecz pełnego baczności obmywania chorej. Każdy ruch flanelowej szmatki po delikatnym ciele był odmierzony i ostrożny, pokojówka pamiętała bowiem aż nadto dobrze, jak kruchą istotą opiekuje się w istocie.
W pamięci Oleńki żywy był wciąż ów dzień, kiedy to hrabiankę po raz pierwszy zabrano wraz z rodzicami na wielki bal, w którym zresztą - z racji swej ułomności - i tak nie mogła brać czynnego udziału. Hrabia pan, pragnąc za wszelką cenę, by córka zaprezentowała się światu z jak najgłębszym dostojeństwem, nie szczędził grosza na krawców. Sprawiono jej podówczas suknię tak strojną, że zapierała dech w piersiach: była to długa, różowa Suknia, zdobiona misternymi, białymi szlakami oraz rzędem drogocennych korali i klejnotów, które ciągnęły się wzdłuż całego gorsu. W blasku salonowych lamp suknia migotała tysiącem małych iskier, rozsypując wokół snopy świetlne.
Niefortunnie jednak, każdy z owych drogich kamieni przymocowany był od spodu podszycia za pomocą drobnych, metalowych blaszek i białych wstążeczek. Gdy po skończonej zabawie rodzina Dębskich powróciła do rezydencji, a panienkę oddano w ręce służby celem przygotowania jej do snu, w garderobie zapanowało powszechne przerażenie. Ledwie zsunęło się z niej ową świetną kreację, oczom kobiet ukazał się widok zaiste wstrząsający. Każda z metalowych blaszek, przy najmniejszym poruszeniu czy uścisku, zostawiała na ciele dziewczyny krwawe ślady. Ilekroć w tłumie ktoś potrącił ją ramieniem lub kiedy zmęczona oparła się o ścianę, by odetchnąć, ostre krawędzie wpijały się w jedwabistą skórę aż do żywego mięsa.
Szwaczka, która podjęła się owego zamówienia, zaklinała się później na wszelkie świętości, że badając materiał na własnem ciele, nie doznała najmniejszego uszczerbku. Biedna hrabianka okupiła jednak ową salonową paradę ranami na całym ciele, które leczono potem z wielkim trudem przez okrągły miesiąc. Oleńka była wówczas przerażona do szpiku kości, a zarazem zafascynowana niezwykłą zapiekłością młodej hrabianki. Która jak to się okazało jeszcze przed samym wyjściem wiedziała iż Suknia ta stanowić będzie dla niej kłopot, odmówiła ona jednak poinformowania o tym kogokolwiek nie chcąc pokrzyżować planów ojca a co gorsza, rozczarować go tym iż prezent który ten jej sprawił jednak był jedynie ciężarem. Po skończonej kąpieli kobiety odprowadziły panienkę z powrotem do sypialni, gdzie wspólnymi siłami przyodziały ją w uszykowaną wcześniej suknię. Dziewczyna, już kompletnie ubrana, poczęła bacznie przypatrywać się Mirandzie. Ochmistrzyni, upewniwszy się pierwej, że skupiła na sobie całą uwagę swej podopiecznej, zaczęła mówić powoli i wyraźnie, dając jej do zrozumienia, iż pora najwyższa się spieszyć, jako że hrabia pan zapewne czeka już niecierpliwie na dole.
I choć słowa te nie wydały w uszach chorej najmniejszego dźwięku, ta - będąc od urodzenia więźniem własnej, surowej ułomności - wykształciła w sobie przedziwną zdolność czytania mowy wprost z ruchu warg swoich rozmówców. Odczytawszy intencję Mirandy, skinęła pokornie głową, gotowa natychmiast ruszyć w stronę gabinetu ojca.
Ledwie jednak uczyniła kilka kroków, Miranda powstrzymała ją stanowczym gestem. Skinąwszy na Oleńkę, by ta podtrzymała chwiejącą się panienkę, starsza kobieta odebrała z rąk dziewczyny jej dawną, pospolitą podpórkę z ciemnego drzewa. Następnie podeszła do szafy i wydobyła stamtąd paradną, białą laskę, na której rękojeści wygrawerowany był krwistoczerwony herb rodu Dębskich. Z głębokim szacunkiem wręczyła ją młodej hrabiance. Dziewczyna wydawała się zawahać na moment przed chwyceniem laski, jednak przyjęła ją ona i ponownie dała ciężarowi swego ciała na niej spocząć. Oleńka puściła więc wolno panienkę oddając ją pod opiekę Mirandy. Ochmistrzyni wraz z młodą hrabianką ruszyły wreszcie w drogę przez rezydencję. Droga, którą wcześniej Miranda przebyła wraz z Oleńką w rekordowo krótkim czasie, teraz wydawała się ciągnąć bez końca, jak gdyby korytarze zyskały nagle dodatkowej długości. Dziewczyna rozglądała się zmęczonym wzrokiem po ścianach, podziwiając wiszące na nich wielkie płótna, które za każdym razem, gdy je mijała, zdawały się odsłaniać przed nią zupełnie nowe, nieznane dotąd znaczenie.
Gdy mijały niewielką biblioteczkę, panienka na chwilę zwolniła kroku, by zatrzymać spojrzenie na swoim ulubionym obrazie. Było to dzieło namalowane przez jej matkę jeszcze w czasach, gdy nosiła ją pod sercem. Obraz ów przedstawiał trzy dłonie, kreślące palcami zarysy domku w sypkim piasku. Mała, dziecięca dłoń rysowała fundamenty i ziemię, na której budowla miała się wznosić; większa dłoń zręcznie wyciągała w górę ściany i okna, najwyższa zaś, o męskich proporcjach, wieńczyła całość bezpiecznym dachem. Ukryty w tym prostym widoku symbol rodzinnego gniazda i miłości zawsze napełniał serce dziewczyny dziwnym, ciepłym spokojem.
Po żmudnej podróży przez zawiłe korytarze rezydencji panienka wraz z Mirandą dotarły wreszcie do jadalni, której drzwi z gracją otworzyła przed nimi służąca, idąca akurat w tym samym kierunku. Jadalnia była pomieszczeniem ogromnym, zdolnym pomieścić stoły i krzesła dla służby, gości oraz samej rodziny Dębskich; wiele z tych mebli stało zresztą pustych przez długie tygodnie, czekając na hucniejsze zjazdy.
Stół przeznaczony dla gospodarzy wyróżniał się w owym domostwie w sposób szczególny, umieszczono go bowiem tuż pod wielkim, zwisającym z sufitu kryształowym żyrandolem. Jego blask potrafił i tak wykwintne posiłki wyeksponować w ten sposób, iż wydawały się oczom jeszcze piękniejsze i bardziej apetyczne. Blat przykryto długim, śnieżnobiałym obrusem, na którym pyszniła się droga porcelana oraz talerze - pamiątki, które pan Mikołaj z upodobaniem przywoził ze swoich licznych, dalekich podróży.
Samo jednak siedzenie przy stole zdradzało swoisty charakter pana domu. Krzesła rodziny Dębskich niczym nie różniły się od pozostałych siedzisk w sali; hrabia kategorycznie zabronił zastępowania ich tradycyjnymi dla bogatych sfer, miniaturowymi tronami, uważając to za przejaw próżności i niestosownego wywyższania się. Służba, trapiona troską o wygodę państwa, wyprosiła jednak z czasem małe ustępstwo. Choć hrabia nie zgodził się na wyróżnienie własnych krzeseł poduszkami, nakazał - by sprawiedliwości stało się zadość - wyposażyć w miękkie oparcia absolutnie każde krzesło w jadalni. Tym sposobem cała sala po brzegi wypełniła się jednakowymi, pięknymi poduszkami o brązowo-złotej barwie, dodając surowemu wnętrzu nieco domowego ciepła. Miranda z najwyższą dbałością usadowiła hrabiankę na miękkim krześle, a sama zajęła miejsce tuż za nią, niczym wierny anioł stróż, czuwający nad spokojem i bezpieczeństwem swej podopiecznej.
W tym samym momencie do jadalni wkroczył hrabia pan. Wszedł przez główne drzwi z takim impetem i prędkością, że ruch jego przypominał bardziej bieg niż zwyczajne chodzenie, a jednak nie brakowało mu przy tym swoistej, pańskiej gracji. Był to mężczyzna w sile wieku, którego gęste, czarne włosy do dnia dzisiejszego nie ugięły się przed siwizną i nie dały zbielić ani jednemu pasemku. Kroczył przez salę w eleganckim, czarnym garniturze i podróżnym płaszczu, który usilnie próbowała poprawić podążająca za nim służąca. Dziewczyna, niemal całkowicie zasłonięta potężną posturą swojego pana, drobiła kroku z całych sił, byle tylko nadążyć za jego pośpiesznym krokiem. Hrabia przystanął na moment przy krześle, na którym siedziała jego córka, i uklęknął na jedno kolano, by zrównać się z nią wzrokiem. Następnie czule pocałował ją w czoło na powitanie, posyłając w jej stronę ciepły, szczery uśmiech, który hrabianka z widoczną radością odwzajemniła. Służąca, korzystając z faktu, że pan domu wreszcie się zatrzymał, pospiesznie dokończyła poprawianie płaszcza. Odetchnęła z ulgą ze zmęczenia i stanęła obok Mirandy, starając się wraz ze starszą kobietą nie wybuchnąć cichym chichotem z powodu tego całego pośpiechu.
- Jak się czuje moja córeczka? - spytał powoli hrabia, gładząc z czułością niesforne pasmo jej rudawych włosów i wsuwając je za ucho.
Dziewczyna, zamiast odpowiedzi, przyłożyła dłoń do serca, po czym lekko skinęła głową, dając ojcu do zrozumienia, że czuje się dobrze. Hrabia, odczytawszy ten niemy znak, uśmiechnął się po raz ostatni, po czym powstał z kolan i dziarskim krokiem zajął sąsiednie krzesło. Posiłek podano wnet dla wszystkich siedzących przy stole. Na widok drobnego, zapraszającego gestu dłoni młodej hrabianki, Miranda oraz młoda służąca zajęły miejsca tuż obok swoich państwa, zamiast - jak nakazywał obyczaj - siadać przy osobnym stole dla czeladzi.
- Czy stary jenerał Sybilski podał już jakie wiadomości o panu Mikołaju? - zapytała Miranda, unosząc do ust kęs potrawy.
- Nic a nic... Sybilscy uparli się, by nie niepokoić starca przynajmniej do wieczora - odparł hrabia, z widoczną nerwowością krając pieczeń na talerzu. - Sami dzieci nie mają, to i nie wiedzą, co to za katusza dla ojca: nie znać ni stanu zdrowia, ni losu własnego syna.
- Proszę nie trapić serca, jaśnie panie. Jeśli jest na tym świecie człowiek, który w wojennej zawierusze zdoła sobie poradzić, to nad całą pewność jest nim nasz pan Mikołaj - rzekła z dumą Miranda. - Mało wszak pośród młodzieży spotyka się serc tak mężnych.
- Owszem, i to mnie właśnie najbardziej trwoży - westchnął ciężko hrabia, odkładając na moment sztućce. - Krew w jego żyłach nazbyt gorąca. Chłopak ten gotów skoczyć w największy ogień dla byle drobnostki, wiecznie szukając niebezpiecznych przygód tam, gdzie rozsądek nakazywałby odwrócić się na pięcie.
Młoda służąca uśmiechnęła się lekko na te słowa, lecz wnet spoważniała i odezwała się z poczciwą, głęboką wiarą w głosie:
- Anioł stróż pana Mikołaja nie darmo tyle lat czuwał nad jego szalonymi pomysłami. Wierzę, iż i tym razem nie odstąpi go ani na krok.
Rozmowa przy stole ożywiła się jeszcze bardziej, przez co młoda hrabianka całkiem straciła wątek, nie wiedząc już, na czyje usta ma zwracać większą uwagę. Tatko trzymał głowę wysoko podniesioną, więc cokolwiek akurat mówił, mówił to z pewnością z głębokim przekonaniem. Miranda natomiast rzucała szybkie, niespokojne spojrzenia to na hrabiego, to na Zuzannę; zachowanie to zdradzało u niej wielką niepewność, jak gdyby z zapartym tchem czekała na odpowiedź na jakieś nader ważne pytanie.
Widząc to, dziewczyna poniechała dalszych prób nadążenia za tokiem dyskusji. Opuściła głowę i w zupełnym spokoju zabrała się do swojego posiłku, którym - jak zazwyczaj - była lekka zupa z drobno posiekanymi warzywami. Przełknąwszy zaledwie kilka łyżek, odsunęła jednak miskę na bok. Korzystając z faktu, że całe towarzystwo pogrążone było w głośnej debacie, ujęła w dłoń swoją paradną laskę i cichaczem skierowała się ku drzwiom, by wyjść z powrotem na korytarz.
I znów ta droga, choć w rzeczywistości krótka, wydała jej się niezmiernie długa. Tym razem jednak, pozbawiona ramienia czułej Mirandy i zdana wyłącznie na oparcie białej laski, hrabianka pogrążyła się w rozmyślaniach. Stan jej ducha był przedziwny: znajdowało się w nim coś zdecydowanie zbyt melancholijnego, by nazwać to radością, a zarazem coś tak głęboko poruszającego serce, że nie sposób było uważać tego za zwykłe przybicie. Wałęsając się tak po korytarzach rezydencji bez żadnego większego celu, napotkała wreszcie Oleńkę, która, oparłszy się plecami o ścianę, siedziała bezceremonialnie na podłodze, na kolanach zaś piastowała śpiącego spokojnie Ruperta. Dziewczyna szybko spostrzegła młodą panią - zwłaszcza że jej paradna, biała laska przy każdym kroku wydawała ów charakterystyczny, suchy stukot, który domownicy znali już na pamięć. Oleńka, zmieszana tym widokiem, drgnęła całym ciałem, pragnąc co rychlej powstać i powitać ją z należytym uszanowaniem, lecz hrabianka łagodnym ruchem dłoni nakazała jej pozostać na miejscu. Nie dając pokojówce czasu na ochłonięcie z podziwu, usiadła po prostu obok niej, wprost na posadzce.
Oleńka na moment straciła rezon, patrząc na to zgoła bezradnie, lecz wnet oprzytomniała.
- Flo... - zaczęła i urwała nagle, spojrzawszy hrabiance głęboko w oczy. Po chwili jednak lęk ustąpił miejsca dawnej zażyłości, a na jej twarzy odmalował się serdeczny uśmiech. - Pobrudzisz sobie suknię, panienko.
Młoda pani rzuciła okiem na drogą materię, lecz zaraz wzruszyła lekko ramionami i z figlarnym błyskiem w oku wskazała palcem na towarzyszkę.
- Ach, złośnica z ciebie... - westchnęła cicho Oleńka, odgadując ten niemy gest. - Ale dobrze, masz rację. I tak moja w tym głowa, by to później doprowadzić do porządku.
Skończywszy mówić, pozwoliła swojej głowie spocząć z poufałością na ramieniu hrabianki. I tak oto obie, zapomniawszy na chwilę o dzielącym je przedziale stanów, siedziały w milczeniu, wodząc dłońmi po lśniącej sierści mruczącego kota. Siedziały tak wspólnie jeszcze kilka minut pozwalając sobie obojgu odpocząć, sielankę te przerwała jednak wkrótce Oleńka która słysząc za oknem rozmowę Hrabiego i Ogrodnika domyśliła się że czas wyjazdu już nadszedł. Odprowadziła ona wnet panienkę do powozu gdzie wreszcie rozdzieliły je zamykające się za Hrabianką Grube czarne drzwi. Miranda, Oleńka a nawet i ogrodnik który wreszcie doświadczył chwili spokoju wspólnie ustawili się w rzędzie i pomachali swoim państwu na pożegnanie.
YOU ARE READING
Cisza ma twój głos
Historical FictionO książce: W świecie, gdzie pozory i sztywne reguły elity wyznaczają granice ludzkiego losu, za fasadą przepychu kryją się przejmujące, osobiste tragedie. Młoda dziedziczka magnackiego rodu Dębskich dorasta w złotej klatce arystokracji, zmuszona do...
