1

0 0 0
                                        

Najgorsze w końcu świata było to, że nie wydarzył się jednego dnia.

Nie było jednej eksplozji. Jednej decyzji. Jednego człowieka, którego można by obwinić za wszystko.

To trwało latami.

Świat, który pamiętam, żył w zgodzie. Ludzie i mutanci byli po prostu... ludźmi. Jedli przy tych samych stołach, pracowali ramię w ramię, zakochiwali się, zakładali rodziny. Nikogo nie obchodziło, czy potrafisz rozpalić ogień jednym ruchem dłoni albo zatrzymać deszcz.

A potem pojawiło się Przymierze Jutra.

Na początku nikt nie traktował ich poważnie. Mówili, że chcą zapewnić bezpieczeństwo. Że myślą o przyszłości. Że chronią zwykłych ludzi.

Z czasem zaczęli jednak robić coś znacznie gorszego.

Zasiewali strach.

Najpierw pojawiły się plakaty. Później przemówienia. Potem wiadomości pełne kłamstw i starannie wyreżyserowane prowokacje. Dzień po dniu przekonywali ludzi, że mutanci są zagrożeniem. Że nie można im ufać. Że prędzej czy później obrócą swoje moce przeciwko wszystkim.

I ludzie... uwierzyli.

Pierwsze spojrzenia pełne nieufności szybko zamieniły się w wyzwiska. Wyzwiska przerodziły się w ataki. Sąsiedzi zaczęli bać się sąsiadów.

Przymierze wykorzystało ten strach.

Zaczęli budować specjalne ośrodki dla, jak to określali, „innych". Jeśli w rodzinie rodziło się dziecko z nadzwyczajnymi zdolnościami, prędzej czy później przychodzili po nie żołnierze.

Mówili, że zabierają je na leczenie.

Do dziś nie wiem, jak można było nazwać leczeniem odbieranie dzieci rodzicom.

To nigdy nie były szpitale.

To były więzienia.

Mutanci nie zamierzali biernie czekać na własne wyginięcie.

Zaczęli walczyć.

Tak wybuchła wojna.

Wojna, której nigdy nie powinniśmy byli stoczyć.

I wojna, którą przegraliśmy.

Przynajmniej tak się wszystkim wydawało.

Od tamtej pory moje życie opiera się na ciągłej ucieczce.

Najgorsze jest to, że z czasem człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego.

Do spania pod gołym niebem.

Do jedzenia czerstwego chleba.

Do budzenia się przy każdym podejrzanym dźwięku.

Czasami próbuję sobie przypomnieć, jak wyglądało normalne życie. Takie, w którym człowiek planował, co zrobi jutro, zamiast zastanawiać się, czy w ogóle dożyje poranka.

Coraz częściej dochodzę jednak do wniosku, że już go nie pamiętam.

Pogodziłam się też z czymś znacznie gorszym.

Prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczę swoich rodziców.

Siedziałam na zimnym głazie, pozwalając sobie na kilka minut odpoczynku. Nad koronami drzew szumiał wiatr, gdzieś wysoko odezwał się ptak, a las sprawiał wrażenie spokojnego. Gdyby nie świadomość, że za każdym pniem może kryć się patrol Przymierza, można by nawet uznać to miejsce za piękne.

Świt Popiołów Stories to obsess over. Discover now