Rozdział 1.
Tydzień po zakończeniu technikum.
Wstałam późno, z tym dziwnym uczuciem, że wszystko się już skończyło i jednocześnie jeszcze nic się nie zaczęło. Przez uchylone okno wpadało już nieco cieplejsze kwietniowe powietrze, niosąc ze sobą zapach świeżo skoszonej trawy od sąsiada. W pokoju panował chaos – na podłodze leżały otwarte walizki, a na łóżku piętrzyły się sterty ubrań.
Wróciłam do pakowania.
– Mamo! Gdzie wisi moje pranie?! – zawołałam w stronę schodów.
– Na dworze, mówiłam ci jeszcze wczoraj! – dobiegło z dołu.
Zeszłam na półpiętro i wyjrzałam przez okno. Linka była pusta.
– Nie ma na dworze!
Usłyszałam ciężkie westchnienie, a potem kroki na schodach.
– Dziecko, jak tam pójdę i będzie wisiało, to dostaniesz w łeb! – krzyknęła mama, wyraźnie poirytowana. Pojawiła się na górze z mokrymi rękami i ścierką przewieszoną przez ramię. – Pospiesz się, bo zaraz wyjeżdżamy. Ojciec już tankuje samochód.
– Dobrze, dobrze... już znalazłam – mruknęłam.
Wróciłam do pokoju i dopiero wtedy zauważyłam pranie leżące na krześle pod oknem. Musiałam sama zdjąć je wczoraj z linki i kompletnie o tym zapomniałam. Szybko złożyłam ubrania, dopchnęłam je do walizki i z trudem zasunęłam zamek.
Otworzyłam jedną z mniejszych kieszeni i przez chwilę zatrzymałam dłoń na znajomej okładce.
„Jane Eyre" Charlotte Brontë była już trochę zniszczona – rogi miała pozaginane, a kilka stron lekko pożółkło od czasu, kiedy pierwszy raz ją przeczytałam. Zabierałam ją ze sobą w każdą podróż, choć nigdy nie potrafiłam powiedzieć dlaczego.
Może dlatego, że za każdym razem znajdowałam w niej coś innego.
Kiedy przeczytałam ją jako nastolatka, zwróciłam uwagę na zupełnie inne rzeczy niż teraz. Wtedy liczyły się dla mnie emocje bohaterów, wielkie słowa i romantyczne momenty. Teraz bardziej rozumiałam ich wybory, błędy i to, jak bardzo czasami człowiek sam nie wie, czego właściwie chce.
Wsunęłam książkę z powrotem.
Usłyszałam skrzypienie podłogi na korytarzu. Popatrzyłam w jego stronę, a mama stanęła w progu, opierając się o futrynę.
– Masz wszystko spakowane?
– Raczej tak – odpowiedziałam, nie patrząc na nią.
– „Raczej" to nie jest odpowiedź, Paula.
Wzruszyłam ramionami.
– No... chyba wszystko. Laptop, dokumenty, buty... – zaczęłam wyliczać na palcach.
Mama milczała przez chwilę. Czułam na sobie jej spojrzenie. To takie typowo mamine spojrzenie – mieszanka dumy, niepokoju i lekkiej złości, że jej dziecko naprawdę wyjeżdża.
– Dobrze – powiedziała w końcu ciszej. – Jak czegoś zapomnisz, najwyżej z tatą ci zawieziemy. To nie aż tak daleko.
Pokiwałam głową, ale coś ścisnęło mnie w gardle. „Nie aż tak daleko" – powtarzałam w myślach. Półtorej godziny samochodem. A jednak czułam, że to nie jest tylko kwestia kilometrów. Za kilka godzin zamknę za sobą drzwi tego domu i wszystko się zmieni. Koniec z budzeniem się na dźwięk mamy krzątającej się po kuchni, koniec z wieczornymi serialami z tatą, koniec z tym małym, dusznym, ale swoim pokojem.
