PROLOG

44 9 5
                                        

Jutro o świcie miał umrzeć. Cela była wąska, zbudowana z kamieni tak nasiąkniętych wilgocią, że w kątach wykwitał czarny, śliski nalot. W półmroku tańczył płomień pojedynczej pochodni zawieszonej na korytarzu. Słabe światło wpadało przez kraty i rysowało na podłodze cienkie linie. Siedział pod ścianą. Nadgarstki miał skute ciężkim żelazem, ale nie próbował się ruszać. Łańcuchy brzęknęły tylko raz, gdy zmienił pozycję.

Jego tętno było leniwe. Serce pogodziło się z wyrokiem, ale umysł wciąż dławił się ciężarem tajemnicy, którą musiał zabrać do grobu. W korytarzu rozległy się kroki. Powolne. Strażnik. Drzwi zaskrzypiały i do środka wpadł powiew świeżego powietrza.

— Jadło — powiedział młody głos.

Strażnik wszedł do celi i postawił na ziemi miskę. Jego twarz była gładka, zdradzająca niewiele przeżytych lat. Usposobienie miał spokojne, lecz oczy zbyt uważne jak na kogoś w jego wieku. Więzień przyglądał mu się przez chwilę w milczeniu.

— Jak cię zwą? — zapytał w końcu.

— To nieistotne — zbył pytanie wzruszając ramionami.

— Nie jesteś za młody na tę robotę, gołowąsie? — kontynuował osadzony, patrząc na jego gładki podbródek.

Strażnik prychnął.

— Każdy skazaniec prawi coś podobnego. — Uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały zimne. — Ci starsi, twojego pokroju dawno już stracili język za zadawanie niewłaściwych pytań. Chcesz być następny?

Więzień westchnął i powoli pokręcił głową.

— Młodzieńcze. Widziałem coś, co...

Strażnik oparł się o framugę drzwi, przerywając mu w połowie zdania.

— Widziałeś za dużo, dlatego tu siedzisz.

Więzień uśmiechnął się blado.

— Czekaj! Czy wierzysz, że można znać moment własnej śmierci?

Strażnik zmrużył oczy.

— Wierzyłem — odparł, spuszczając wzrok. — I mój ojciec też wierzył. Ale nie każdy wie, jak kończy się wiara w nie.

Przez chwilę panowała cisza. Gdzieś dalej zatrzasnęły się drzwi.

— Nie pojmujesz, widziałem ją — głos więźnia zniżył się do szeptu. — tego nie da się pomylić. Wisiała w przestworzach... Była taka piękna...

Strażnik milczał, lecz nie odszedł.

— Jej brzegi są złociste — ciągnął więzień. — Ale kiedy patrzysz zbyt długo... masz wrażenie, że zatracasz siebie.

Strażnik westchnął ciężko.

— Oszczędzaj siły. Jutro będzie ciężki dzień. — przerwał rozmowę.

Odwrócił się, żeby wyjść, i wtedy w celi zadrżało. Pochodnia zgasła. Sufit rozszedł się bezgłośnie. Powstała szczelina, która wysysała kolory z wszystkiego dookoła. Ciemność wewnątrz niej emanowała obcością, której oko nie potrafiło nazwać. Metaliczny brzdęk odbił się od kamiennej podłogi. Szczelina zniknęła tak szybko, jakby nigdy jej nie było, zostawiając po sobie jedynie woń ozonu. Strażnik spojrzał w dół. Na ziemi spoczywała złota Igła, niezwykle jasna w brudzie celi. Podniósł ją ostrożnie, a w chwili, gdy jego palce zacisnęły się na metalu, gwałtownie wciągnął powietrze.

Nie krzyknął. W jego twarzy coś zgasło – nagle i ostatecznie. Wyraz oczu stał się przezroczysty, jakby z wnętrza wyrwano jedyną nutę, która nadawała sens całej reszcie. Przez jedno uderzenie serca nad jego ramieniem zamigotał drugi zarys sylwetki – rozchwiany chłopak, pełen lęku cień, którym był przed momentem. Młodzieniec zamrugał. Jego dłoń przestała drżeć. Spojrzał na wyryty na Igle mały symbol z zimnym zaciekawieniem.

— Co to jest? — zapytał głosem pozbawionym barwy.

Więzień patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Jakby zobaczył coś, czego się spodziewał... i czego jednocześnie najbardziej się bał.

— Więc jednak... — wyszeptał. — A zatem to ty...

Strażnik nie odpowiedział. Nie zdradził się żadnym gestem. Wpatrywał się w złoto trzymane w palcach, podczas gdy więzień osuwał się pod ścianę w niemym przerażeniu.

Nazajutrz o świcie wyprowadzono skazańca na dziedziniec. Kamienne mury więzienia rzucały obszerny cień, do którego nie docierało słońce. Tłum zebrał się wcześnie; zawsze chcieli patrzeć na cudzą śmierć. Więzień szedł spokojnie między strażnikami. Gdy pętla spoczęła na jego szyi, spojrzał jeszcze raz w stronę murów.

Myślał o młodym strażniku i o Igle.

„On nie wie" — przemknęło mu przez głowę. — „Jeszcze nie wie, że to już się zaczęło".

Szew ŚwiataStories to obsess over. Discover now