Teraźniejszość
Gregory pov.
Wstałem około godziny 10 rano bo odsypiałem mój trzy dniowy wyjazd służbowy, specjalnie tego dnia umówiłem się z którymś z policjantów żeby zamienił się ze mną zmianami. Ten dzień zapowiadał się raczej zwyczajnie. Jak zawsze po wstaniu nakarmiłem chomiki, poszedłem do toalety założyłem jakieś luźne dresy i zjadłem śniadanie. Odpaliłem jakiś losowy film na telewizorze żeby nie jeść w ciszy która od jakiegoś czasu mnie dobija.
Przez resztę czasu nie robiłem nic konkretnego - leżałem na kanapie i przeglądem Twittera. Czas leciał jakoś powoli. Nagle poczułem przyjemne ciepło. Zasnąłem nawet nie wiem kiedy.
-Kurwa co tak brzęczy - chwyciłem za telefon żeby zobaczyć kto tym razem ma do mnie jakąś super ważną sprawę.
-Halo Grzegorz co ty robisz gdzie jesteś? - usłyszałem w słuchawce ten cipowaty głos Eryka.
-No co przecież ja dziś zaczynam o 18- odpowiedziałem powoli lekko zachrypniętym głosem.
-No a którą godzinę mamy teraz Grzegorzu?- poczułem lekką falę stresu. Zerkłem na ekran telefonu i lekko spanikowałem bo zobaczyłem na nim godzinę 19:23.
-O kurwa przepraszam już jadę!- wydarłem się Erykowi do słuchawki.
Nerwowo zacząłem się szybko przebierać w mundur złapałem jeszcze na szybko torbę w której miałem dokumenty, odznakę i jeszcze jakieś random gówna. Wybiegłem z mieszkania jak najszybciej i wpadłem do samochodu. Odpaliłem silnik i ruszyłem w stronę komendy. Po około 10 minutach byłem już na miejscu. W holu przywitałem się z kilkoma osobami które od blisko półtorej godziny siedzą na swojej zmianie.
-443 status pierwszy - zacząłem oficjalnie swój posterunek. Na komendzie nie działo się nic nadzwyczajnego więc wsiadłem w radiowóz i zacząłem patrolować miasto. Bezmyślnie jeżdżąc po uliczkach Los Santos. Po jakimś czasie znowu usłyszałem ten idiotyczny dźwięk telefonu.
-Przysięgam że jak to jakiś przygłup to wypierdalam ten telefon przez
okno- mruknąłem sam do siebie.
Zatrzymałem się na pobliskim parkingu i sprawdziłem kto tym razem coś ode mnie chce. Na ekranie zobaczyłem znajome imię mojego dobrego kolegi z pracy - Matthew McCartoon. Lubię go, jest uprzejmy a kiedy trzeba stanowczy - czyli idealny okaz na funkcjonariusza. Uśmiechnąłem się lekko, bo jak to karton - lubi napisać jakiś najbardziej nieśmieszny żart, który w jego wykonaniu jest najśmieszniejszym żartem na ziemi. Ale nie tym razem. Zamarłem kiedy przeczytałem treść SMS-a. Jego treść była krótka i zwięzła. Gill Tea nie żyje. Te słowa zostały mi w głowie odbijając się echem. Moja odpowiedź na tego SMS-a nie była długa -zwykle krótkie okej. Stałem na tym parkingu jeszcze dobre 10 minut, i nagle usłyszałem komunikat na radiu.
-Zapraszam zainteresowanych policjantów na radio 12 organizujemy konwój potrzeba około 9 policjantów do asysty.
Informacja którą otrzymałem od kartona namieszała mi w głowie, więc stwierdziłem że na konwoju będę mieć szansę chociaż na chwilę oderwać myśli od tamtego SMS-a. Chwyciłem za radio i wydałem komunikat.
-443 10-4.
Kiedy dojechałem na komendę podkręciłem się tam chwilę czekając na dalsze polecenia związane z konwojem. Przygotowania trwały długo - zresztą tak jak zawsze bo jednostki nie mogły się zdecydować czy mają jechać na 6 czy na 7 aut. Z nudów stwierdziłem że pójdę na cele żeby zobaczyć kogo tym razem będziemy mieć zaszczyt przewozić na wyrok. Wchodząc na cele minąłem kartona który na mój widok spuścił głowę - to przypomniało mi o sytuacji która wydarzyła się parę minut wcześniej. Na szczęście nie miałem dużo czasu żeby wrócić do tego myślami.
Konwój przebiegł pomyślnie. Skazany został dostarczony do więzienia - oczywiście podczas przejazdu jego grupa próbowała go odbić ale nie udało im się to. Kiedy dostałem informację na radiu że jesteśmy wolni i możemy wracać na komendę zerkłem na ekran telefonu żeby sprawdzić która godzina. Jednak zobaczyłem tam coś czego nawet nie wyobrażałem żeby zobaczyć. SMS od Erwina. Treść SMS-a była krótka. Vasquez nie żyje, dam ci znać kiedy będzie pogrzeb. Przeczytałem ponownie wiadomość nie dowierzając co właśnie zobaczyłem.
-O huj chodzi z dzisiejszym dniem do huja...
Poczułem nagłą pustkę - na co dzień nie miałem bliskich realizacji z Vasquezem ale znałem go tak naprawdę od zawsze. Stałem w miejscu analizując co właśnie się stało. Po chwili jednak się otrząsłem m i w końcu sprawdziłem godzinę.
Wróciłem na komendę udałem się do swojego gabinetu. Kiedy usiadłem w ciszy na swoim fotelu w głowie pojawiło mi się milion myśli na temat śmierci Vasqueza i Gilla. Z tego transu wyrwał mnie Matthew który wszedł do mojego gabinetu bez pukania z kubkiem ciepłej kawy.
-Hej jak się trzymasz? - zapytała mnie nie świadomy tego że nie przeżywam śmieci jednej osoby a dwóch.
-Jest okej - szybko odpowiedziałem tonem który wskazywał na to żeby karton nie kontynuował tematu.
Jednak kiedy usiadł na przeciwko mnie nie wytrzymałem coś we mnie pękło i poczułem łzę napływającą mi do oka. Karton nie odezwał się ani słowem tylko wstał podszedł do mnie i przytulił.
-Wiem że jest ci ciężko ale pamiętaj że zawsze jestem tu dla ciebie - te słowa upewniły mnie w tym żeby powiedzieć mu o kwestii przez którą czułem się hujowo.
-Vasquez Sindaccio nie żyje. - rzuciłem szybko bez zbędnego przedłużenia.
-Co ale jak to przecież jeszcze wczoraj minąłem się z nim na metrze - w jego słowach było słychać współczucie.
-Dla mnie też jest to ostro pojebane - odpowiedziałem ze smutkiem.
Siedzieliśmy w ciszy dobre 20 minut.
-A pastor o tym wie? - karton wiedział jako nieliczny co łączyło mnie kiedyś z Erwinem. Te pytanie wywołało we mnie dziwne poczucie obowiązku zaopiekowania się nim. Bo przecież co on musi czuć skoro ja czuję się cały dzień jakiś przybity a Vasquez był dla mnie tylko znajomym.
-Wie, sam mnie o tym powiadomił - a w moim głosie można było usłyszeć wyraźny smutek.
-A wiesz co u niego? Jak się czuje? - karton troszczył się o każde ludzkie życie więc mogłem się po nim spodziewać tego pytania.
-Nie wiem.
-A dzwoniłeś do niego?
-Nie.
-A chcesz żebym ja zadzwonił i zapytał?
-Dzięki ale chyba wolę zrobić to sam.
-Dobra jasne ale jak coś to dwaj znać - rzucił stojąc już przy drzwiach.
Karton musiał już iść bo wezwali go na radiu a ja zostałem sam.
Pierwszy rozdział tego czegoś huj wie co z tego będzie, ale mam nadzieję że się spodoba komuś.
981 słów.
CZYTASZ
W obliczu śmierci ~~~morwin
Romance-Erwin posłuchaj jeszcze nic nie jest stracone - wykrzyczałem mu to prosto w jego złote oczy które błyszczały od łez w świetle zachodzącego słońca. -Już nic tu nie ma sensu, nie dam rady tak dalej żyć - na moment odwrócił się od przepaści nad którą...
