Dym z cygaretki leniwie unosił się pod sufitem komnaty duchownego Bògdała, tworząc siną zasłonę, przez którą świat zdawał się odległy i nierealny. Siedzący w swoim ulubionym, wysłużonym fotelu ksiądz wpatrywał się bezmyślnie w punkt gdzieś za oknem, jakby próbował dostrzec coś, czego w rzeczywistości tam nie było. Zaciągał się powoli, a gorzki smak tytoniu drażnił gardło, przynosząc krótkotrwałe ukojenie.
Myślami wracał wciąż do wydarzeń sprzed trzech miesięcy, śmierci matki, która pozostawiła po sobie ciszę trudniejszą do zniesienia niż jakikolwiek hałas. Od tamtej pory jego dni zlewały się w jedno: msza, samotność plebanii, papierosy i od czasu do czasu kieliszek okowity, mający stłumić ciężar wspomnień. Zaczął palić nie z przyjemności, lecz z potrzeby zagłuszenia bólu, który nie chciał ucichnąć.
Co ja tu właściwie robię? - przemknęło mu przez myśl. Po co ta służba Bogu? W jego świecie istniała właściwie tylko on i pani Zofia, pojawiająca się codziennie z jedzeniem, porządkami i rzadką pocztą. Samotność, którą miał wypełnić sens wiary, pozostawała pustką. A jednak wiedział, że poza stanem duchownym nie cieszyłby się takim szacunkiem ani dostatkiem. Ta świadomość nie przynosiła jednak ukojenia. Wiara, która miała nadać życiu znaczenie, nie potrafiła uciszyć wewnętrznego braku.
Bògdôł nerwowo strzepywał popiół, co chwilę zagryzając wargi. Był człowiekiem uczonym, lecz bardziej niż teologia pociągała go nauka oświeceniowa - filozofia, fizyka, antropologia. Czytał zachłannie, poszukując odpowiedzi w rozumie, nie w dogmatach, co czyniło jego kapłaństwo jeszcze bardziej paradoksalnym.
Nagle wyrwał się z zamyślenia, dostrzegając przez okno zbliżającą się do plebanii Zofię. Szybko zgasił cygaretkę i otworzył okno, wpuszczając chłodne powietrze. Mimo to ciężka woń tytoniu wciąż zalegała w pokoju, wsiąknięta w zasłony, sutannę i jego własne dłonie. Chwilę później drzwi skrzypnęły cicho, a do środka weszła Zofia.
- Niech będzie pochwalony - powiedziała, zatrzymując się w progu i lekko pochylając głowę.
- Na wieki wieków - odpowiedział Bògdôł, wykonując powolny znak krzyża. - Co Zofię tu sprowadza? Czy to już pora kolacji?
- Proszę księdza, otrzymałam dziś list, który jest adresowany do was - rzekła spokojnie, podając mu kopertę. Papier był lekko wilgotny od chłodu panującego na zewnątrz. Odwróciła się już w stronę drzwi. - Teraz pójdę zrobić kolację i wrócę, gdy skończę... - urwała nagle, jakby coś przyszło jej do głowy. - Bardzo proszę, by ojciec przestał palić. Tylko sobie tym szkodzicie. Jeśli chcielibyście się wyżalić, możecie ze mną porozmawiać. Wie ksiądz, co ludzie mówią o palących tytoń...
- Dziękuję, Zofio, doceniam to - odparł łagodniej niż zwykle, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. - Prosty lud od wieków opowiada bajeczki. Doskonale wiem, że tutaj wierzą, iż tylko sługa diabła sięga po takie specyfiki. Wolą tabakę, która, niestety, nigdy nie przypadła mi do gustu.
Gospodyni pokiwała tylko głową i wyszła, a jej kroki szybko ucichły w korytarzu prowadzącym do kuchni. W pomieszczeniu znów zapanowała cisza.
Bògdôł przez chwilę obracał kopertę w dłoniach, marszcząc brwi ze zdziwienia. Nie spodziewał się listu. Od dawna nikt do niego nie pisał. Przez moment podejrzewał pomyłkę, lecz adres był bezbłędny: Tczëwôrtny Òjc Bògdôł Lãkòwsczi, Pòdbòże. Charakter pisma również wydawał się staranny, niemal idealny.
Ostrożnie wyjął zapisaną kartkę, podszedł do biurka i zapalił świecę z pszczelego wosku. Ciepłe, złotawe światło rozproszyło półmrok komnaty. Niemal odruchowo sięgnął po kolejną cygaretkę, zapalił ją od płomienia i, wypuszczając pierwszy strumień dymu, pogrążył się w lekturze, nie przeczuwając jeszcze, jak bardzo kilka zapisanych zdań odmieni bieg jego życia.
YOU ARE READING
Farmazën
HorrorKsiądz Bògdôł Lãkòwsczi nie jest typowym duchownym. Choć nosi sutannę, jego serce bije w rytm oświeceniowej nauki, filozofii i fizyki, a wiarę w dogmaty dawno zastąpił chłodny racjonalizm i dym z zakazanych cygaretek. Pogrążony w żałobie po śmierci...
