Eleven lubiła Steve'a. Lubiła go na przekór narzekaniom Mike'a, że wcale do nich nie pasował. Według niej, to nie było dobre wytłumaczenie. Sama często czuła się jakby nie pasowała do świata, którego stała się częścią. Nawet wśród przyjaciół, dla których wszystko, co poznawała było oczywistością zamkniętą w codzienności.
Steve nie grał Dungeons and Dragons, zupełnie jak ona. Gdy miał dobry dzień, zasiadywał z nią i Max na kanapie, gdy chłopcy i Erica przekrzykiwali się na temat najlepszej strategii. Pozwalał im przeprowadzać na nim quizy z kolorowych gazet, myśląc ostrożnie nad odpowiedzią, jakby rezultat "jaki błyszczyk najbardziej do ciebie pasuje?" był mądrością życiową, której właśnie potrzebował.
Eleven lubiła Steve'a, bo rozumiał co to znaczy być sfrustrowanym, gdy twój mózg nie potrafił pojąć kolejnych szkolnych zagadnień. Pewnego razu odbierając ją z zajęć -w dzień, gdy Joyce i Hopper nie potrafili się urwać z pracy- widząc jej przybitą minę, zdradził jej, że nigdy nie był prymusem w szkole. "Dwa podejścia do zrozumienia wcale nie znaczą, że nigdy tego nie załapiesz. Po prostu potrzebujesz więcej czasu" powiedział jej wtedy.
Chciała się uczyć, lecz nie pasowała do liceum. Była wdzięczna, że Doktor Owens znalazł jej nauczycielkę, która przerabiała z nią materiał w zaciszu jej domu pachnącym świeżo zaparzoną herbatą.
Pani Green była miłą kobietą. Miała leniwego, rudego kota Puszka, który czasem siadał jej na kolanach podczas nauki czytania. Gdy nie potrafiła się skupić, natrętne myśli, że zmarnowała jej czas wkradały się do jej głowy, aż z ich nadmiaru marszczyła brwi. Jednak słowa Steve'a pomagały jej się uspokoić. Skupić się nad tym, że wielki moment "Eureka" będzie musiał poczekać na nią trochę dłużej, ale gdy nareszcie go dosięgnie, będzie smakować tak samo smacznie, jak lody wiśniowe, na które tamtego dnia zabrał ją Steve.
Eleven uwielbiała dzielić się z nim informacjami, których się dowiedziała. Z zapartym tchem opowiadała mu o tym, że słońce było gazową kulą, o budowie atomu i fakcie, że niedźwiedzie polarne i pingwiny nigdy się nie spotkają. Steve zawsze przytakiwał, pytając o dalsze wyjaśnienia.
Dzisiaj był jednym z tych lepszych dni. Zrobiła tylko cztery błędy w działaniach z pierwiastkami, a jej spodnie były pokryte sierścią Puszka, z którym mogła się pobawić aż godzinę. Kot wesoło biegał za kłębkiem wełny, trącając ją nosem w stronę El. To jedynie zakorzeniło jej chęć do zaadoptowania własnego pupila. Joyce mogłaby się zgodzić, ale Hopper będzie potrzebować długiego przekonywania.
Jej myśli wirowały tworząc esy i floresy, przypominające jej -nadal nie pewne- pismo. Z każdą chwilą przybierały coraz to nowe kształty, przypominające skrzydła. Barwne stworzonka uciekały z jej głowy, latając dookoła bez ładu i składu, bynajmniej na tyle blisko aby mogła złapać je do słoika, jak motyle, w których się zakochała.
Hopper dekorując jej pokój wiosną '85 ozdobił nimi ściany, zapewne wierząc, że dziewczyna w jej wieku pokocha kolorowe skrzydła. Nie zdawał sobie sprawy, że Eleven poznając świat zwierząt wraz z panią Green, będzie nimi zafascynowana.
Ta myśl zawsze przyozdobiła jej twarzyczkę uśmiechem. Jej tata, choć przez przypadek przypisał jej coś, co uwielbia, zanim dobrze je poznała. "Ludzie, którzy cię kochają czasem mogą znać cię lepiej, niż ty sam" przeczytała podczas jednych zajęć. Słowa przyczepiły się do niej, jak brokat do skóry, oświetlając jej dzień.
Puste ściany laboratorium nadal nawiedzały jej sny, wypuszczając motyle w popłochu, ale teraz miała przy sobie ludzi, którzy z chęcią zabierali z nią siatki i wychodzili na łąkę, aby złapać je z powrotem. Zwabić je ciepłem i światłem, który sama zdecydowanie preferowała. Otaczała się nim, mając dość zimy. Nie znosząc jej zupełnie, jak motyle. Jeśli krótko żyjące stworzonka mogły znaleźć azyl w jasności, Eleven uważała, że również potrafiła to zrobić.
YOU ARE READING
5+1 {steddie}
Fanfictionczyli pięć razy, gdy Steve i Eddie zachowywali się podejrzanie i jeden raz, gdy wszyscy dowiedzieli się dlaczego. POV: outsider
