Zacznijmy nowy projekt w Walentynki.
To na początku miał być one shot, najwyżej trzyczęściowy, kolejny do zbioru takich krótkich historyjek bez kontekstu, który piszę. Stąd ta dziwna forma w kolejnych częściach, która dzieli to opowiadanie na wiele urywanych scenek, ale tylko tyle zostało po koncepcji one shota. Polubiłam ten pomysł i rozpisywałam go na tyle długo, że koniec końców wyszło z niego pełnoprawne opowiadanie.
****
To chłodne lato, która zamiast ciągnąć dłonie do kwiatów, wsuwa je w rękawiczki.
Harry siedział tyłem na krześle i wspierając splecione ramiona na jego oparciu, układał na nich ponuro głowę. Z tego, co wyglądało na znudzenie, a było właściwie spięciem, zaciskał co parę chwil mocniej dłonie wokół swoich rękawów. Był wycofany z rozmowy, która głośna była wokół niego, ale cichła w jego uszach, choć starał się skupićnna niej przynajmniej tak, żeby nikt nie zwrócił uwagi na jego nieobecne oczy i zaciśnięte delikatnie usta. A kiedy wodził wzrokiem z prawej do lewej, zatrzymując go czasem dłużej na swoim piętnastoletnim Teddym, z którego obecności tutaj akurat nie był zadowolony - myślami odchodził coraz dalej i dalej stąd.
Nie chciał tu być i wolał zostać sam, co rzucało się w oczy, kiedy ktoś taki jak on nie odzywał się do nikogo, odmrukiwał coś tylko, kiedy już musiał, i poważny zdawał się czuwać nad wszystkim, mając jakieś smętne przeczucia. I może wyszedłby, gdyby nie trzymał go tu ważniejszy niż każdy inny obowiązek trzymania oka na Teddym.
Puchon akurat był tu najmłodszy i dlatego zaangażowany przysłuchiwał się tylko z reguły rozmowom ludzi, którzy w większości byli znajomymi i przyjaciółmi Harry'ego jeszcze z Hogwartu. Dlatego Teddy siedział cicho między nimi i z ciekawą determinacją wyłapywał każde słówko, jakie tylko padło o tym, co złego działo się znów w Anglii i co w związku z tym zamierzają. Zasłuchany jak zawsze przypominał sobie o obecności Harry'ego tylko, kiedy spotkał się z jego niepochwalającym tego, milczącym wzrokiem. Teddy nie przejmował się tym i nie był zły na Harry'ego za troskę, tak jak Harry nie winił go za ciekawość - dokładnie w ten sam sposób Molly Weasley patrzyła dawniej na Gryfona, który wbrew niej zaczął uczestniczyć w spotkaniach Zakonu Feniksa.
Teddy, choć dużo mniej impulsywny, miał jedną cechę identyczną do swojego ojca chrzestnego. I skoro beznadziejnie, bez powodu i bez winy stracił oboje rodziców, o tym, co tylko groźnego się działo, chciał wiedzieć wszystko. Bo pomagać Harry niemal zawsze mu zabraniał, tłumacząc, że to go nie dotyczy. I poniekąd miał rację - mimo różnych afer w centrum Anglii, uczniowie Hogwartu niewiele mieli z tym do czynienia. I niewiele rozumieli na temat bladych, szarych, skrytych oczu, które tymi zamieszaniami zarządzały.
Harry wiedział o Malfoyu aż nadto. Od trzynastu lat prowadził z nim wojnę, która w ostatnich miesiącach zdawała się zbliżać do szczytu. Wyrośli na wrogów na prawdziwą skalę, kiedy Harry miał za sobą swoich, a Malfoy własnych ludzi. I po to byli tu wszyscy nie pierwszy raz.
– Widziałem dziś coś na jego ręce... Nigdy wcześniej tego nie miał.
To było pierwsze, co alarmująco szturchnęło na wpół tylko obecną uwagę Harry'ego. Podniósł głowę z dłoni na pół cala, kierując wyczulone oczy na tego, kto to powiedział.
– Albo miał, tylko chował pod rękawiczką - wyrwało mu się w międzyczasie. A mówił tak wszystkowiedząco, znudzonym tonem, jakby była to największa oczywistość na świecie, że zerknęło na niego parę innych osób. Zdawał się wiedzieć, o czym mówi, chociaż w zasadzie nie zostało jeszcze powiedziane, co takiego Malfoy miał na rękach, kiedy wdali się z nim i paroma innymi w pojedynek dziś nad ranem. Ale skoro większość ludzi tutaj znało go jako bardzo spostrzegawczego szukającego Gryffindoru, nie zwrócili na to uwagi.
