Początek przepowiedni

8 2 0
                                        

Obudziłam się w środku nocy, gwałtownie, jakby ktoś wyrwał mnie z samego dna snu. Koszula kleiła mi się do pleców, prześcieradło było wilgotne od potu, a serce waliło tak mocno, że przez chwilę bałam się, iż obudzi cały budynek. Na całe szczęście pokój był porządnie wyciszony — nikt nie słyszał mojego wrzasku, który wciąż dudnił mi w uszach, choć już dawno ucichł. Głowa pękała mi z bólu. Nie był to zwykły ból — raczej wrażenie, jakby coś próbowało rozerwać mi czaszkę od środka, zostawiając po sobie gorący, pulsujący ślad. Ledwo zdążyłam zerwać się z łóżka. Świat falował, ściany rozjeżdżały się na boki, a ja potykając się, dobiegłam do łazienki. Zanim zdążyłam zamknąć drzwi, dopadły mnie wymioty, gwałtowne i niepowstrzymane, aż łzy same napłynęły mi do oczu. Za każdym razem było tak samo. Urywki wizji — chaotyczne, brutalne, nieproszone. Czyjaś nadchodząca śmierć albo zguba, zawsze niewyraźna, jakby przyszłość celowo ukrywała twarz ofiary. Krzyk — cudzy, ale przeżywany przeze mnie. Potem pobudka. Rozrywający ból głowy. I wymioty, jakby ciało próbowało pozbyć się obcej obecności. Tym razem jednak byłam na wakacjach. Paradoksalnie to właśnie to mnie uratowało. Był basen. Szybko doprowadziłam się do względnego porządku. Zimna woda na twarz, dwa razy umyte zęby, choć kwaśny posmak wizji wciąż tkwił mi w gardle. Musiałam się skupić, aby zapisać to co widziałam. Wyjęłam z szafki swój dziennik wizji i wyszłam na zewnątrz i bez wahania wskoczyłam do chłodnego basenu. Woda objęła mnie natychmiast, zabierając ze sobą część bólu i mdłości. Zanurzyłam się po szyję, opierając głowę o krawędź i zamknęłam oczy. Oddychałam wolno, zmuszając myśli do posłuszeństwa. Pomogło mi to poskładać to, co widziałam. Mistrzostwa Świata w Quidditchu, Czarny Znak, Śmierciożercy — śmiech, panika, ogień. I oni. Ta cholerna rodzina Weasley'ów. Ich rude włosy migały mi przed oczami wśród chaosu, zbyt wyraźnie, zbyt natarczywie, by uznać to za przypadek. Nie wiedziałam jeszcze, kto dokładnie i kiedy — ale wiedziałam jedno: los znów splatał się z nimi w sposób, który nie wróżył niczego dobrego. A moje wizje nigdy się nie myliły. Zamknęłam oczy, a zimna woda basenu wydawała się wyciszać resztki szaleństwa wokół mnie. Zanurkowałam w głąb basenu, aby cała głowa poczuła ulgę, niestety okazało się odwrotnie.

Kolejna wizja uderzyła nagle, jak błyskawica rozdzierająca czarne niebo. Nie czułam już wody. Nie czułam własnego ciała. Istniało tylko to. Fred. Stał pośrodku pola bitwy — samotny, otoczony płomieniami i gruzem. Ogień tańczył wokół niego dziko, rzucając niespokojne cienie na jego twarz. Ale to nie pył ani dym ją zniekształcały. To był strach. Surowy, nagi, obnażający go do kości. Nie gniew. Nie zawahanie. Czysty, paraliżujący strach, który wbijał się we mnie jak drzazga pod skórą. Krzyk rozdarł powietrze. Nikt nie stał obok mnie — a jednak słyszałam go wyraźniej niż własny oddech. To był jego krzyk. A jednocześnie mój. Przeszył mnie od środka, rozlewając się po ciele jak fala bólu. Jego ręce były wyciągnięte, jakby próbował się czegoś uchwycić, zatrzymać coś, co nieuchronnie mu się wymykało. Drżał — nie jak wojownik, lecz jak ktoś, kto już wie, że zaraz wszystko się skończy. Czułam to razem z nim. Jego panikę, jego ból, jego rozpacz — wgryzały się we mnie, w mięśnie, w kości, w każdy oddech, który przestawał należeć do mnie.

— Nie... — wyszeptałam.

Ale mój głos nie istniał. Zginął w huku wybuchów, w trzasku płonących ruin, w ryku ognia, który pochłaniał wszystko — jego, mnie, cały świat tej wizji. Wrzasnęłam pod wodą. Zachłysnęłam się. To mnie wyrwało. Wynurzyłam się gwałtownie, łapiąc powietrze jak ktoś, kto dopiero co uniknął utonięcia. Basen. Woda. Rzeczywistość. A jednak nic nie było już takie samo. Nie mogłam poruszyć ręką. Nogi odmawiały posłuszeństwa, jakby należały do kogoś obcego. Woda, która jeszcze chwilę temu przynosiła ulgę, teraz była zimna, martwa, bez znaczenia wobec tego, co wciąż pulsowało we mnie. Jego strach bił we mnie jak drugie serce. A potem przyszły kolejne obrazy. Twarze. Zbyt krótkie. Zbyt poszarpane. Migotliwe jak odbicia w pękniętym lustrze. Nie byłam w stanie ich rozpoznać — a jednak wiedziałam. Ktoś miał umrzeć. Może ktoś, kogo znałam. Może ktoś zupełnie obcy. To nie miało znaczenia. Każda wizja była urwana, brutalna, jakby sama przyszłość opierała się przed ujawnieniem prawdy, a jednocześnie zmuszała mnie do przeżycia każdego ułamka cierpienia. Serce waliło mi w piersi tak mocno, że aż bolało. Bałam się, że zaraz się rozpadnie — że ten krzyk, który narastał we mnie, rozerwie mnie od środka. Łzy spłynęły po policzkach, mieszając się z wodą. A w głowie pozostało tylko jedno. Jedno słowo. Ostre jak ostrze. Natarczywe. Nie do zagłuszenia.

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Apr 02 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

DestinyWhere stories live. Discover now