Noc nad Mugankyō była spokojna. Zbyt spokojna. Miasto bez magii spało pod ciężkim, bezgwiezdnym niebem. Kamienne domy i drewniane dachy stały nieruchomo, jakby sam świat wstrzymał oddech. W takich miejscach nie rodziły się legendy. Nie pojawiali się bohaterowie. Mugankyō było miastem ludzi, którzy wierzyli, że brak mocy oznacza brak zagrożeń. Ziemia zaprzeczyła tej wierze. Najpierw rozległ się głuchy pomruk — niski, głęboki, jakby pochodził z samego wnętrza świata. Bruk na głównej ulicy zadrżał, po czym pękł z suchym trzaskiem. Kamienie uniosły się w powietrze, a z rozwartej szczeliny wyłoniła się czarna masa. Boizo. Potwór miał dwie głowy, obie osadzone na długich, wijących się szyjach. Jego ciało przypominało ogromnego pająka — czarne, lśniące, pokryte pancerzem twardszym niż stal. Każdy jego krok kruszył ziemię, a z paszcz sączyła się gęsta, dusząca mgła. Krzyki mieszkańców rozdarły noc. W jednym z domów na obrzeżach miasta kobieta krzyczała z bólu. Jej dłonie zaciskały się na prześcieradle, a pot spływał po skroniach. Obok niej stał mężczyzna o ciemnych oczach i napiętej twarzy. Był z Kokuen no Kuni — Królestwa Cienia. Był kimś, kto nigdy nie powinien był znaleźć się w Mugankyō. Ich miłość była zakazana. Jego istnienie — nielegalne. Gdy rozległ się pierwszy ryk Boizo, kobieta krzyknęła po raz ostatni. Płacz noworodka wypełnił izbę. Mężczyzna spojrzał na dziecko. Jedno oko było szare, puste jak popiół. Drugie — ciemnoczerwone, głębokie, niepokojące. Przez ułamek sekundy ogień w jego żyłach zadrżał. — Niech świat nigdy tego nie zobaczy — wyszeptał. Wyszedł na ulicę, zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać. Cień objął jego sylwetkę, a dłonie zapłonęły czarnym ogniem. Nie był bohaterem. Nie był zbawcą miasta. Był tylko ojcem, który nie potrafił uciec. Boizo odwrócił obie głowy jednocześnie. Ogień uderzył pierwszy. Czarny płomień rozdarł noc, pochłaniając jedną z głów potwora. Druga zawyła, wbijając odnóża w ziemię. Ulice zapadały się, budynki waliły jeden po drugim. Mugankyō znikało w gruzach. Mężczyzna krzyczał, gdy ogień pochłaniał wszystko — także jego samego. Boizo padł. Ale on nie wstał. Kobieta tuliła dziecko, gdy ziemia drżała po raz ostatni. Nie czekała. Wiedziała, że jeśli ktoś zobaczy oczy dziewczynki — wszystko będzie stracone. Ukryła ją w małej jaskini poza miastem, owijając szczelnie w koc. — Wrócę — powiedziała, choć jej głos drżał. Wyszła… i nigdy nie wróciła. Czas płynął. Minuty zamieniły się w godziny. Płacz dziecka odbijał się echem od kamiennych ścian. Znalazła ją starsza kobieta. Jej dłonie były pomarszczone, spojrzenie zmęczone życiem. Podniosła dziecko i spojrzała w oczy. Zamarła. Mimo to zabrała ją ze sobą. Spróbowała w Seiryū-koku, mieście błękitu i wiatru. Strażnicy spojrzeli na dziecko… i odwrócili wzrok. — To nie jest jedno z nas. Wróciła więc do ruin Mugankyō. — Jeśli świat cię nie chce — powiedziała cicho — to ja cię przyjmę. Nadała jej imię. Yui Sato. Tak zaczęła się historia dziewczynki, która nie miała koloru. I świata, który jeszcze nie wiedział, że właśnie narodził się jego koniec.
Oops! This image does not follow our content guidelines. To continue publishing, please remove it or upload a different image.
Oops! This image does not follow our content guidelines. To continue publishing, please remove it or upload a different image.