Rozdział pierwszy

223 11 102
                                        

Kończę malować kontur gwiazdy wokół prawego oka Shane'a w służącym za charakteryzatornię, szatnię i niekiedy miejsce schadzek pomieszczeniu w jego klubie. Pozostałych występujący mężczyzn umalowałam już wcześniej. Moja przyjaciółka i współlokatorka, Rose, zajęła się ich strojami, a stylista fryzur, jak sam każe siebie nazywać Rupert, poprawia właśnie zdobiące ich głowy peruki. Mimo charakteryzacji panowie będą mieli na sobie czarne maski. Wszystkim aktorom i wokalistom zależy na anonimowości, a właściciel Hidden, również aktor, im ją zapewnia.

– Jak nastrój przed nowym rokiem akademickim, Soph? – zagaja właśnie siedzący na fotelu Shane. Jest ode mnie ponad dekadę starszy. Poznaliśmy się w teatrze, w którym robiłam praktyki, a teraz pracuję na pół etatu. Można powiedzieć, że szybko się zaprzyjaźniliśmy. Jakąś chwilę po tym, jak zrozumiałam, że nie mam co robić do niego maślanych oczu, bo różnica wieku między nami jest żadną przeszkodą w porównaniu z tym, że jego po prostu nie interesują kobiety...

– Och, cudownie. Wprost nie mogę doczekać się pracy niemalże od świtu do zmierzchu siedem dni w tygodniu – odpieram z przekąsem. Walker chichocze w reakcji na moje słowa, a ja uderzam go pędzlem w ramię.

– Och, nie bocz się. Jesteś po prostu ambitną dziewczyną – stwierdza radośnie. Opieram dłoń, w którym trzymam akcesorium do makijażu, na biodrze, unoszę brew i posyłam mu powątpiewające spojrzenie.

– Gdyby było mnie na to stać, wracałabym do domu prosto po zajęciach, zakopywała się pod kocem, odpalała Netflixa i do wieczora oglądała głupkowate seriale, zajadając żelki – odparowuję. Shane kręci głową.

– Zanudziłabyś się, dziecinko – oznajmia, mrugając do mnie figlarnie. – I za bardzo byś za mną tęskniła. Nie przeżyłabyś beze mnie nawet tygodnia – dorzuca żartobliwie. Wytykam w jego stronę język, a on posyła mi całusa w powietrzu. Przewracam oczami. Czasem mam wrażenie, że z naszej dwójki jednak to ja jestem tą poważniejszą.

– Ty chyba dzisiaj zamiast z umalowanym okiem, chcesz wejść na scenę z podbitym – bąkam groźnie. On znów wybucha śmiechem, a potem wykonuje palcem wskazującym ruch sugerujący, że mam pochylić się w jego kierunku, po czym obraca twarz profilem w moją stronę i wskazuje swój upaćkany białym kamuflażem policzek. Prycham pod nosem, ale przyciskam do niego pokryte brudnoróżową pomadką wargi. Dobrze, że pozostali już wyszli i nie są świadkami tej dziwacznej wymiany zdań.

– I tak wiem, że mnie kochasz – odpiera, ponownie mrugając. Wzdycham w duchu i wracam do robienia makijażu.

– To jest toksyczny związek, misiu – mamroczę, co on kwituje kolejnym parsknięciem. Za co ja w ogóle lubię tego typa? Ach, tak, ma świetne poczucie humoru, jest cenionym aktorem, załatwił mi u siebie dodatkową pracę i wszystkie koleżanki mi zazdroszczą, kiedy pokazuję się z nim na mieście. Serio. Gładko ogolony, szeroko uśmiechnięty, elegancko uczesany, odziany w ciemne jeansy i białą koszulę Shane robi wrażenie. I sprawia, że kobietom robi się mokro. Wspominałam już, że on jednak woli facetów? – Poza tym czasem jednak przeginam. Teatr, klub, zajęcia, spoko. Ale po co mi znów to dodatkowe uniwersyteckie przedstawienie do ogarnięcia, sama nie wiem... – dorzucam markotnie.

– Nie przeszkadzam? Ochroniarz powiedział, że cię tu znajdę – wtrąca w tej samej chwili nieznany mi, głęboki, męski głos. Razem z Walkerem automatycznie odwracamy głowy w kierunku przybysza. Marszczę brwi na widok nieznajomego, a potem unoszę je wysoko i otwieram szerzej oczy. O żesz kurwa. Moje spojrzenie błądzi po odzianej w czarne spodnie i koszulę, umięśnionej sylwetce wysokiego bruneta, który również taksuje mnie właśnie wzrokiem. Docieram do jego kwadratowej, pokrytej zadbanym zarostem szczęki i w końcu spoglądam w czarne jak dwa węgle, połyskujące tajemniczym blaskiem oczy. Oczy, w których dostrzegam cień rozpoznania. Dziwne. Z pewnością nie znam nikogo takiego jak on. Facet ma taki mroczno-magnetyzujący vibe, który sprawia, że po moich plecach wspina się elektryzujący dreszcz. Kiedy zbliża się w naszym kierunku, kącik jego pełnych ust mknie delikatnie do góry. Więcej nie jestem w stanie dostrzec, bo reszta jego twarzy jest ukryta za czarną maską, podobną do tych, jakie noszą wszyscy goście. Mężczyzna przystaje pół kroku ode mnie, a do mojego nosa dociera zniewalający, lekko cedrowy zapach jego perfum.

HiddenWhere stories live. Discover now