Rozdział I
Bez wspomnień
Zapach eteru i wilgotnych prześcieradeł. To był pierwszy znak, że jeszcze żyję. Drugi to ból. Tępy, pulsujący, rozlewający się od karku aż po skronie. Kiedy otworzyłem oczy, świat był rozmazaną plamą bieli i szarości. Długo nie wiedziałem, co widzę. Sufit, może mgłę. Dopiero po chwili zrozumiałem, że to światło, wpadające przez żaluzje. Za oknem ktoś krzyczał i słyszałem dzwon. Spróbowałem się poruszyć. Łańcuch bólu pociągnął za każde ścięgno. Ręce miałem obandażowane, jedna z nich przywiązana do łóżka. Metalowy zapach krwi i karbolu uderzył w nozdrza. Guten Morgen, Herr Furst. Głos był kobiecy, zmęczony, z lekkim drżeniem. Pielęgniarka w białym fartuchu stanęła przy łóżku, niosąc metalową miskę. Miała siwe pasma we włosach i oczy, które widziały za dużo śmierci, by jeszcze się dziwić.
Gdzie ja...– wyszeptałem, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.
– W szpitalu miejskim, na Sendlinger Tor. Znalazła pana policja. – Otarła mi czoło. – Podobno miał pan szczęście.
Szczęście — powtórzyłem w myślach. Ciekawe słowo. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio je czułem.
– Jak się pan czuje? Nie wiem. Odwróciłem wzrok.
– Kim jestem?
Pielęgniarka zamarła. To pytanie słyszała już wcześniej, zapewne wiele razy od ludzi z frontu. Ma pan przy sobie dokumenty. Sięgnęła po kartę pacjenta.
– Johan Furst. Urodzony 1886. Adres Rosenstraße 11 .
Imię nic mi nie mówiło. Nazwisko brzmiało obco, jak echo czyjegoś życia, którego nie znałem.
– Co się stało?
Został pan znaleziony w rzece Isar, z raną głowy. – Zawahała się. – Policja mówi, że szukają pana w związku z pewną sprawą.
Zawiesiła głos, jakby nie chciała powiedzieć za dużo. W głowie miałem pustkę, czarną dziurę, która pochłaniała każde wspomnienie. Tylko jedno uczucie przebijało się przez mgłę. Był to strach. Nie o to, kim byłem, ale co zrobiłem. Spojrzałem na swoją dłoń. Na palcu był ślad po obrączce. Nie było go tam. Czy ja miałem żonę? Czy ona jest w tym szpitalu?
– Policja...? – powtórzyłem, czując jak serce przyspiesza.
– W jakiej sprawie? Pielęgniarka spuściła wzrok.
– Nie wiem. Nie powinni mi mówić. Ale pytali, czy odzyskał pan przytomność. Przychodzili dwa razy. A, właściwe to przyszedł do pana inspektor Krüger .
Nic mu nie mówiło to nazwisko. Właściwie to żadne nazwisko mu nic nie mówiło. Miał pustkę w umyśle i szukał choćby skrawka pamięci gdzie znajdzie jakiś punkt zaczepienia.
– Kiedy?
– Dziś rano. I wczoraj. Miał na sobie skórzany płaszcz, mówił z północnym akcentem.
Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie jak ołów. W uszach wciąż brzmiał szum wody, jakby Isar wciąż płynęła pod moją czaszką.
– Mówiła pani, że znaleźli mnie w rzece?
– Tak. Na brzegu, niedaleko Ludwigsbrücke. Była noc, podobno deszczowa. – Westchnęła. – Miał pan szczęście, że pana wyłowili.
Znów to słowo szczęście. Brzmiało jak kpina. Gdzieś za cienką ścianą ktoś kaszlał, a wąski promień światła przeciskał się przez żaluzje, tnąc półmrok na szare pasy.
YOU ARE READING
ZJADACZ GRZECHÓW
Historical FictionMonachium, lata 20. XX wieku. Johan Furst był bohaterem wojennym, mężem i ojcem. Do czasu, gdy w jednej nocy stracił wszystko. Rodzinę, pamięć i wolność. Skazany za zbrodnię, której nie pamięta i której być może nigdy nie popełnił, trafia do więzien...
