Los Santos.
Miasto w którym każdy uśmiech kosztuje, a każdy strzał ma swoją cenę.
Noc była gęsta od dymu, a światła neonów odbijały się w mokrym asfalcie niczym krew w rozlanym szkle.
Erwin siedział na masce czarnego Buffalo, z papierosem w ustach i spojrzeniem, które mówiło więcej niż sto słów. Ulica na Grove Street była cicha - zbyt cicha jak na tę godzinę.
Wiedział że coś wisi w powietrzu.
Zawsze wiedział.
— Znowu palisz? — Laborant wyszedł z cienia, jak zwykle spięty, jakby cały świat miał mu zaraz coś zabrać.
— Pomaga myśleć.
— Pomaga zniszczyć płuca.
Siwowłosy parsknął śmiechem, ale w oczach miał cień. Tylko on rozumiał co się dzieje, ale może i Michael by zrozumiał? Wysłuchał zmartwień przyjaciela.
— Coś cię męczy. — Wykrztusił brunet po dłuższej chwili siadając obok Erwina na masce samochodu.
— Męczy i to bardzo, Gregory odjebał.
— Odjebał? — Zmarszczył brwi obserwując siwowłosego.
Erwin sięgnął po zapalniczkę, ale Michael był szybszy.
Złapał go za rękę.
Siwowłosy pokręcił głową z niezadowolenia mrucząc przekleństwo pod nosem.
Niebo które jeszcze przed sekundą było ciemne, zaczęło się zmieniać w totalną czerń, deszcz zaczął być uciążliwy dla mężczyzn siedzących na aucie, uciekli oni do środka mocząc swoje ubrania.
— Widziałem go trzy dni temu, w kawiarni....z Mią, wydaje mi się że była to randka. — Spojrzał na przyjaciela ze smutkiem w oczach. — Zawsze na randkach są świece czyż nie? — Obrócił głowę kręcąc nią dalej nie wierząc w to co widział kilka dni temu.
Cisza.
Deszcz zaczął bębnić o blachę, a powietrze zgęstniało.
— Erwin...— Zaczął nie chcąc zranić swoimi słowami chłopaka. — A może to jeszcze nic nie znaczy? może mieli przerwę w służbie i stwierdzili że pójdą coś przekąsić? — Michael chcąc uratować sytuacje, zaczął mówić słowa które przekonają chłopaka i poprawią mu humor.
Chłopak na słowa przyjaciela jedynie pokręcił głową nie zgadzając się z jego słowami.
— Nie możliwe, za dużo się uśmiechał do tej jebanej K9. — Miał zamiar odpalić kolejnego papierosa lecz zrezygnował zwracając uwage na to że w ciągu ostatniej godziny wypalił ich więcej niż 5.
Michael westchnął.
— Daj spokój — Mruknął wkońcu. — Za bardzo to analizujesz.
— Mówię tylko to co widziałem, po prostu stałem się dla niego nikim — Schował twarz w dłoniach. — Kurwa nikim rozumiesz? rozwalił mnie psychicznie.
— Ale ty zrobiłeś to pierwszy.
— Co? — Mruknął siwowłosy, unosząc brew — o czym ty mówisz?
— A nie pamiętasz ile miałeś przed nim tajemnic? jak bardzo ukrywałeś się przed nim? — Patrzył prosto w oczy złotookiego. — Kurwa Erwin ty go cały czas okłamywałeś, zbywałeś jak zwykła szmate.
Złotooki odwrócił wzrok.
Doszło do niego co uczynił, co powiedział w strone bruneta.
— Nie chciałem...po prostu było mi bardzo ciężko po odejściu Carbonary.— Wrócił on wzrokiem na Laboranta. — Nie zauważyłem że go tym ranie.
Michael kiwnął głową w zrozumieniu.
— Dajcie sobie czas. — Mruknął po czym wysiadł z auta idąc w przeciwnym kierunku.
YOU ARE READING
Kruchy
FanfictionLos Santos to nie miasto dla słabych ludzi, tutaj trzeba umieć żyć, zakładać się z ludźmi, uczestniczyć w nielegalnych wyścigach. Lecz czy jest taki Erwin? ten Erwin Knuckles, który niegdyś potrafił shakować każdy możliwy budynek w tym mieście?. C...
