🌃keep breathing.

9 1 0
                                        

But I crumble completely when you cry
It seems like once again you've had to greet me with goodbye
I'm always just about to go and spoil a surprise
Take my hands off of your eyes too soon
— 505, Arctic Monkeys

But I crumble completely when you cryIt seems like once again you've had to greet me with goodbyeI'm always just about to go and spoil a surpriseTake my hands off of your eyes too soon— 505, Arctic Monkeys

Oops! This image does not follow our content guidelines. To continue publishing, please remove it or upload a different image.

   Burza nad ośrodkiem BSAA była gwałtowna, jakby niebo chciało wykrzyczeć wszystko, czego nie mógł zrobić Chris. Deszcz bębnił w szyby, pioruny rozświetlały pochmurne, nocne niebo, a on siedział w pustym biurze, przygnieciony ciężarem raportów i wszystkich bolesnych wspomnień. Odkładał kolejne kartki na bok, ale nie potrafił się skupić.

Zamiast cyfr i analiz widział twarze ludzi, których utracił. Straty w ludziach. Zbyt nagłe decyzje. Porażka za porażką... Ciała, ich twarze pełne przerażenia. Ból, że zawiódł, nie tylko jako ich kapitan. I wtedy, nagle, na niebie pojawił się blask. Dźwięk cichych kroków wyrwał go z zamyślenia. Piers wszedł do pokoju spokojnie, otwierając je biodrem, a w dłoniach trzymał dwa kubki parującej kawy. Jego obecność była jak blask w ciemnym korytarzu, a raczej w zupełnej ciemności. Lekka, nienarzucająca się, ale nie do zastąpienia. Nadal nikt nie był w stanie opisać jak Chris cieszył się, że Piers jednak żyje, że zdążył wciągnąć go ze sobą do kapsuły.

— Och. Myślałem, że cię tu znajdę — powiedział, stawiając jeden kubek na biurku, pijąc łyk z drugiego — znowu nie śpisz?

Chris westchnął, nie podnosząc wzroku spod okularów do czytania, oglądając kolejną kartkę. Jednak bez skupienia i przemyślenia, nawet niechlujnie.

— Wiesz. Raporty nie zrobią się same...

— A ty nie jesteś maszyną do pisania. — Piers usiadł na rogu biurka, patrząc na niego spokojnie, odkładając swój kubek. — I nawet nie udawaj, że cię nie znam.

Chris chciał odpowiedzieć, ale przypomniał sobie coś innego...

   Kilka miesięcy wcześniej, w zniszczonym przez bioterroryzm miasteczku w Europie. Chris i Piers uciekali wąską uliczką, osaczeni przez mutantów. Granat błyskowy rozjaśnił noc, a w chwilowym chaosie, zbyt jasnym świetle, Chris potknął się na gruzach. Nim zdołał wstać, jeden z potworów rzucił się na niego. Strzał padł w ostatniej chwili, a był to Piers, który bez chwili zawahania się, zdjął bestię i wyciągnął dłoń do swojego kapitana.

— Nie zostawię cię, kapitanie — powiedział wtedy z takim przekonaniem, że Chris poczuł dziwne ciepło, niepasujące wcale do pola bitwy... Niepasujące do niego.

   Chris pomachał głową i spojrzał na Piersa, którego dłoń znów leżała na jego ramieniu, poniekąd zbyt pewna, ale gotowa wesprzeć. Zdjął okulary, odkładając je na biurko.

— Nie chcę, żeby ktoś musiał się mną zajmować z litości... — Powiedział cicho. — Nie chcę znowu być kogoś obciążeniem.

Piers przychylił się do niego, nagle jego wyraz twarzy ze złości (na niedbającego o siebie Chrisa) zmienił się zupełnie. Był pełen troski, a głos nadal miał jak zwykle pewny, chociaż wsłuchując się... Był nieco delikatniejszy, szczery.

[✒️] The echo that remains - NivanField.Stories to obsess over. Discover now