Will./Pov.
Otworzyłem oczy.
Poczułem lekkie promyki słońca które powoli mnie wybudzały.
Ziewnąłem krótko i mrugnąłem kilka razy.
Co ja miałem robić?
Narzuciłem kołdrę na moje zimne ramiona i wiecznie zimną szyję.
Obóz.
Miałem jechać na letni obóz.
I to chyba dzisiaj. Przekręciłem się, nie rozumiejąc sensu tej myśli.
Kiedy sens wreszcie dotarł, wyszedłem z łóżka. I tak nigdy nie lubiłem spać...
Miałem jeszcze godzinę przed zbiórką, bo jadę szkolnym wsiobusem na obóz.
A jednak, dopiąłem torbę i ubrałem się we wcześniej przygotowane ciuchy. Choć włożyłem dwie inne skarpetki, czułem dreszcz ekscytacji.
Poszedłem do kuchni.
-Mamo, wychodzę!- powiedziałem, a kobieta mnie zatrzymała.
-Bez pożegnania?
Uśmiechnęła się jednym z tych swoich łagodnych, matczynych uśmiechów, na który wywróciłem oczami.
Przytuliłem ją, a ona oddała uścisk mocniej.
-Mamo!
-Mój mały Will...
-Nie jestem już mały, mamo, mam 17 lat.
-szesnaście, jeszcze dwa miesiące.- rzuciła, wciąż mnie przytulając.
-prawie 18...- mruknąłem cicho, a kobieta zmierzwiła mi włosy.
Byłem wyższy od mamy, a w szkole jakoś normalnie, nie przesadnie wysoki.
Uśmiechnąłem się i powoli szedłem w stronę wyjścia.
-A gdzie Jonathan?
-Właśnie wyjeżdża. Leć, może jeszcze zdążysz się z nim zobaczyć.
Westchnąłem, ale uśmiechnąłem się krzywo i ruszyłem na poszukiwania Jonathana.
Był w samochodzie, wyjeżdżał a ja stanąłem i zaczekałem aż spuści szybę.
-Wyślij mi i matce jakąś pocztówkę.- powiedział. Jonathan nie był typem człowieka który by się przytulał. A może był, tylko ja nie byłem. A może żaden z nas nie czuł że to taka wyjątkowa sytuacja.
Przynajmniej nie był przytulaśny wtedy, kiedy nikt jeszcze nie mógł nic przewidzieć.
Brat podał mi małe pudełeczko.
-Tylko ich nie wypal na raz.- powiedział wręczając mi pudełko krwisto czerwonych Marlboro.
-Serio Jonathan? Palę od czasu do czasu, nie sądzę żebym wypalił...- sprawdziłem ile jest w paczce- na prawdę, 20 papierosów?!
Przewróciłem oczami.
-Weź na wszelki wypadek.
-Dobra, ale jak stanę się palaczem to będzie twoja wina.- powiedziałem śmiejąc się.
Dostałem również zapalniczkę, jakbym faktycznie chciał je zapalić.
Odwróciłem się tyłem i zacząłem powoli iść.
-Tylko się nie daj złapać!- krzyknął.
-Już mi to ułatwiłeś!- odkrzyknąłem na co chłopak wywrócił oczami tak jak parę minut temu ja.
Nikt nie zauważył, że nie jadłem śniadania, a ja postanowiłem nikomu nie przypominać o tym.
Chodziłem po chodniku i patrzyłem na swój cień. Choć może moja czarna torba nie była najbardziej wygodna, to i tak wolałem ją niż walizkę.
Spojrzałem na zegarek w telefonie i obliczyłem że został mi około kwadrans.
Wszedłem szybko do małego spożywczego, a małego znaczyło w tym przypadku 7 kroków i jesteś przy ladzie.
Tu przychodzili ludzie z mojej szkoły, a ja miałem dorabiać tu po wakacjach od września, trochę na czarno, ale lepsza taka robota niż żadna.
Tutaj kupowało się napój „o smaku coli", stare, zakurzone gumy, papierosy i alkohol którego nie mógłbym sprzedawać jak już tu będę pracować, zeszyt w którym można brać po znajomości „na krechę" a jak powiesz to cicho, bo się wstydzisz, możesz być pewien, że właścicielka obgada cię z osobą która jest w kolejce za tobą, oczywiście nie przy tobie, dopiero jak wyjdziesz, a uwierz mi - wychodzi się naprawdę szybko, raptem 7 kroków.
YOU ARE READING
when the lights out - byler po polsku
FanfictionO czym myślisz kiedy jedziesz na obóz? Może o makabrycznych śmierciach, romantyzmie i pewnych konkretnych tabletkach, mocnych, na natychmiastowe zaśnięcie. O, już dojechaliśmy. Witamy na obozie Nightwing! Szalony, dziwny fanfick w którym Will Byer...
