1

347 14 7
                                        

Spotykanie się z kimś z kimś, według opinii publicznej spotykać się nie powinno jest dość trudne, tym bardziej, jeśli osoba ta jest tej samej płci i też jest wieszczem narodowym. Jakiekolwiek uczucia na forum publicznym odpadały, spacery, na których chodzilibyśmy za rękę, bankiety czy inne spotkania na salonach też spędzaliśmy oddzielnie, tak na wszelki wypadek. Nikt nie wiedział, co nas łączy oprócz naszych przyjaciół. Chopin, Liszt, Krasiński i Norwid, doskonalę wiedzieli, z czym się mierzymy, ponieważ każdy z nich przeżywał to samo, dzięki czemu wszyscy sobie pomagaliśmy. Istniała jedna znacząca różnica pomiędzy tymi związkami, nikt z wymienionych przyjaciół nie miał powodu być zazdrosnym o drugą połówkę. Żadne z nich nie dawało też kochankowi powodu do zazdrości i nawet w miejscach publicznych trzymali się razem, udając przyjaciół. Co do Adama i mnie no cóż, u nas wyglądało to trochę inaczej. Choć od roku byliśmy parą, na salonach dalej kreowaliśmy się na wrogów co sprawiało niebywała trudność, bo jak nienawidzić kogoś, kogo się kocha? Właśnie dlatego, odkąd muszę udawać na bankietach znienawidziłem je jeszcze bardziej. Mickiewicza wiecznie otaczała grupa najpiękniejszych kobiet na salonach i każda z nich sprzedałaby dusze by, choć przez chwilę zyskać, choć trochę więcej uwagi niż inne. A ja? Ja spędzałem bankiety w obecności przyjaciół, próbując złapać z Adamem kontakt wzrokowy przez wszystkie godziny tych męczarni, choć zawsze kończyło się to fiaskiem, dalej miałem nadzieję.

Siedziałem właśnie nad kartką, próbując dokończyć wreszcie moje dzieło, co nie za bardzo mi wychodziło. Za godzinę odbywał się bankiet, na którym powinienem się pojawić co nie do końca mi się podobało. Byłem totalnie nieogarnięty, garnitur dalej wisiał na wieszaku zamiast na mnie, a moje włosy znajdowały się w totalnym rozgardiaszu. Zacząłem szukać nawet jakiejś wymówki, byle nie pojawić się na tym głupim bankiecie. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk skrzypiącej podłogi co musiało oznaczać, że ktoś zbliża się do mojego gabinetu. Już po chwilę czułem świdrujący wzrok na moich plecach.

- Czy mogę wiedzieć, jaki jest powód tego, że mój ukochany nawet nie zaczął się szykować do wyjścia? - Mickiewicz podszedł do mnie od tyłu delikatnie mnie przytulając i składając pocałunek na mojej głowie.

-Źle się czuje, chyba zostanę dzisiaj w domu - spojrzałem na niego będąc ciekaw jego reakcji. Jednak jego usta nie drgnęły, a oczy dalej wpatrywały się we mnie - oczywiście ciebie zachęcam byś mimo wszystko tam...

-Obaj wiemy, że nic ci nie jest - nie zdążyłem dokończyć zdania, bo Adam postanowił przerwać moja wypowiedź swoim spokojnym głosem - obiecałeś Fryderykowi, że pojawisz się na tym bankiecie.

-Wiem, ale... - no myśl Juliusz myśl. Adam wpatrywał się we mnie ciągle tym samym przenikliwym wzrokiem, jak by chciał zobaczyć co skrywa moja dusza. - -Mam dość patrzenia jak przez cały wieczór kręcisz się do dokoła tych wszystkich pań, unikając mnie jak ognia - to był pierwszy raz, kiedy bezpośrednio powiedziałem mu co czuje.

Nie patrząc na jego reakcje złapałem swój garnitur i czym prędzej ruszyłem do łazienki by go założyć. Zamknąłem drzwi by Adam nie mógł tam wejść co jednak poskutkowało pukaniem do drzwi i prośbami bym otworzył. Chciał rozmawiać, wyjaśnić wszystko jednak ja nie miałem na to najmniejszej ochoty, nie słuchałem go. Nie chciałem słuchać jego wymówek nie miałem na to siły, jedynym, o czym marzyłem było jak najszybsze wyjście z domu i dojechanie na bankiet przed nim. Zarzuciłem na siebie marynarkę, jak najszybciej wybiegając z mieszkania, Adam próbował złapać mnie za rękę i zatrzymać, ale wyrwałem się mu i wyszedłem, trzaskając drzwiami. Gdy dotarłem na miejsce wręcz od razu natknąłem się na Krasińskiego i Chopina którzy akurat rozmawiali na dworze. Muzyk oraz poeta spojrzeli najpierw na siebie później na mnie.

-Juliuszu, czemu przyszedłeś sam? Gdzie Mickiewicz? - Zaczął spokojnie wirtuoz.

-Nie wiem, gdzie jest i doprawdy nie interesuje mnie to - moi przyjaciele znów spojrzeli na siebie, ale nie drążyli tematu i już po chwili znajdowaliśmy się w środku, gdzie dołączył do nas Liszt i Norwid.

Zaczęliśmy spokojną rozmowę jedną z wielu. Pojawiało się coraz więcej ludzi co za tym idzie większy gwar i nawet udało mi się zapomnieć o całej sytuacji z moim partnerem, ale wszystko, co dobre szybko się kończy i już po chwili do salonu wszedł Adam oczywiście otoczony kobietami. Co dziwne tym razem nie był uśmiechnięty i nie prowadził miłej rozmowy, zachwycając kobiety swoją poezją. Wyglądał jakby szukał czegoś, lub raczej kogoś. Tym razem to on próbował odnaleźć mój wzrok. Postanowiłem jednak nie psuć sobie wieczoru i znów zatraciłem się w spokojnej rozmowie. Po około trzech godzinach na sali panował już dużo większy gwar niż na początku, ludzie śmiali się, dyskutowali, niektórzy się kłócili, dokoła słychać było muzykę. Ja natomiast stałem z kieliszkiem szampana w towarzystwie swoich przyjaciół, którzy prowadzili obecnie rozmowę Obecnie rozmowę o najnowszym utworze Fryderyka. Gdy odwróciłem się na chwilę, by sprawić, co dzieje się za nami dostrzegłem, że Mickiewicz wreszcie uwolnił się od wszystkich natrętnych kobiet i ruszył wprost w moją stronę. Pospiesznie odstawiłem kieliszek i ruszyłem w stronę wielkich drzwi, które prowadziły wprost na ogród. Słyszałem za sobą, że Mickiewicz przyłączył się do rozmowy naszych przyjaciół, ale nie skupiałem się na sensie wypowiadanych przez niego słów. W ogrodzie znajdowała się altana, gdzie w czasie letnim często odbywały się koncerty. Usiadłem na jednej z ławek, które tam stały. Czemu uciekłem? Czemu porostu z nim nie porozmawiałem? Czemu zachowuje się jak tchórz? Po moim policzku spłynęła pojedyncza łza, którą od razu starłem rękawem. Siedziałem w ciszy otoczony tylko chłodnym jesiennym powietrzem, gdy w ogrodzie usłyszałem kroki, a już po chwili naprzeciwko mnie stał Adam.

-Czemu uciekasz? Czemu porostu nie porozmawiamy? - podszedł do mnie, kucając naprzeciwko mnie i złapał za moje dłonie, składając na nich delikatny pocałunek - Gdybyś tylko powiedział słowo nie odstąpiłbym cię na krok na żadnym bankiecie - spojrzał w moje oczy, które tak porostu zaczęły się szklić.

-Ja... - zacząłem szeptem - bałem się, że mnie wyśmiejesz, że po prostu stwierdzisz, że przesadzam i weźmiesz za histeryka - z moich oczu znowu zaczęły spływać pojedyncze łzy, które mój chłopak od razu starł.

Usiadł obok mnie, chwytając moja twarz w dłonie.

-Juliuszu, kocham cię i zrobię dla ciebie wszystko, najważniejsze jest to, żebyś czół się dobrze, niczego więcej nie pragnę - przysunął się bliżej mnie, tak że teraz stykaliśmy się czołami - proszę cię od teraz mów mi wszystko - Adam złożył na moich ustach czuły ale delikatny pocałunek.

Gdy po chwili odsunął się ode mnie uśmiechnął się lekko wyciągając dłoń w moim kierunku.

-Wracamy? - przytaknąłem i podałem mu swoją dłoń. Już po chwili zmierzaliśmy z powrotem w stronę sali, trzymając się za ręce.

Jedno wiedziałem na pewno ta noc będzie wyjątkowa.

THE END

------------------------------------------------

Dziękuję za przeczytanie mojego one-shota <3

Mam nadzieje, że wam się podobało i nie jest to takie złe jak się wydaje

Wyjątkowa Noc ~ SłowackiewiczLa tua prossima ossessione. Scoprilo ora