~to dopiero wstęp...

227 2 0
                                        


Dzisiaj miał się odbyć ślub moich rodziców. Ekscytowało mnie to bo często byłam wytykana palcami. TATA wypożyczył duży okręt na którym miało odbyć się wesele. Już na ceremonii zaczęłam mieć złe przeczucie. Nie wiem co je powodowało ale zaczęłam się trochę bać. NO NIE. Alexa ogarnij się to ważny dzień. na statku znajdowała się już prawie cała moja rodzina. Prawie bo ja zostałam na pomoście. Miałam pomóc mojemu ulubionemu wujostwu przejść przez ochronę. Wyczekiwałam ich przyjazdu z zapartym tchem, ponieważ miałam zobaczyć moją ulubioną kuzynkę. Była dla mnie jak terapeutka. Jej bracia-Kasjan i Natan- też byli spoko. Poza nimi brakowało jeszcze jednej osoby. Mojego wujka. Wyjechał do Irlandii lata temu i dalej nie wrócił. Westchnęłam. Dobra dość tego bo się rozryczę a ma być miła atmosfera. Gdy czekałam ludzie patrzyli na nasz jacht ze zdziwieniem a potem zerkali, niby uradkiem, na mnie. Z tego powodu założyłam na twarz zimną maskę. Przestali. Po chwili zobaczyłam samochód mojego wujostwa i od razu do nich podbiegłam. 

-HEJ!!- krzyknęłam

-hejoooo!!-brzmiała odpowiedź

Po przywitaniu się ciocia popatrzyła na mnie z czymś na kształt troski i powiedziała:

-Skarbie, cioci Adze odwołali samolot, więc ona, Tomek i Wujek David nie przyjadą na razie do Polski.

Nie wiedziałam co powiedzieć, niby tylko machnęłam ręką i mruknęłam ciche :to nic, ale w głębi duszy potrzebowałam spotkania z moją matką chrzestną. Może z zewnątrz nie było tego widać ale w środku myślałam, że gorzej być nie może.

 W jakim ja błędzie wtedy byłam.

Po dziesięciu minutach rozmowy mieliśmy już wchodzić na statek gdy....

Policja zajechała nam drogę i kazała się nie ruszać. Policjanci wbiegli na most i nagle..cały statek z moją rodziną eksplodował. Nie nie żartuję chociarz bardzo bym chciała. Na szczęście nikt z poza statku nie ucierpiał. Ale i tak caały czas krztusiłam się powietrzem ale nie plakałam.  Ciocia odwiozla mnie do domu cały czas pocieszając ale ja czulam tylko pustkę. Cholerną pustkę. Moja rodzina była ogromna a teraz ograniczyła się do ledwie kilkunastu osób. Wtedy zdałam sobie sprawę. Mój brat, mama, tata, babcie, dziadki, kuzyni, kuzynki, ciocie, wujkowie, oni wszyscy stracili życie a ja stałam się sierotą. Najbardziej tęskniłam za..moim bratem. Nie wiem czemu. Nie byliśmy blisko cały czas się kłóciliśmy i biliśmy. Będzie mi tego brakowało. Do mojego domu właśnie przyjechała opieka społeczna. Mieli zarządzić kto zostanie moim opiekunem prawnym na następne 4 lata aż osiągnę pełnoletność. Wtedy moje życie się zaczęło komplikować. Moim nowym opiekunem prawnym zostanie....Vincent Monet. Vincent? Vincent..? kim on cholera jest. Jest moim bratem...jednym z pięciu innych, żywych..braci. DOwiedziałam się, żę moi rodzice nie byli moimi rodzicami a...porywyczami. ZAJEBIŚCIE Kurwa. Zadzwoniłam do mojego najlepszego przyjaciela Alexandra. Często byliśmy shipowani przez przyjacioł bo mamy podobnie na imię. Pewnie jego rodzice starali by się bym zamieszkała u nich ale było za późno. No i dupa. Za 2 dni miałam wyjechać do Pensylwanii do mojej nowej rodziny. Nic o niej nie wiedziałam i szczerze najdziwniejszą wiadomością nie było to, że moja rodzina umarła. Było nią to, że zostałam porwana i nazywam się...Alexandra Monet.....nieeeeee kurwa co jest. Dobra Lexy (nwm czm ale lexy i alexa to będą skróty których będę używać uznajmy że mówiła tak na nią rodzina) ogarnij się i  idź spać.  



522 słowa.

Rodzina Monet | inna wersjaStories to obsess over. Discover now