Trochę inne spojrzenie na akcje związane z fabułą Gilla. Kryzys, chcica, mieszkanie, ogólnie morwin po godzinach.
Autor ANONIM (z moją lekką pomocą). Miłej lektury!
----------------------------------------------------------------------------------------
-...CO TY ZROBIŁEŚ?! CO TO ODJEBAŁEŚ! Kurwa mać, zabiłeś go! Zabiłeś go na moich oczach, jesteś policjantem do kurwy nędzy!
- A co miałem innego zrobić, i tak jego życie skończyło się, gdy zgarnęliśmy go z ulicy, TO BYŁA RACJONALNA DECYZJA.
- ZAJEBIE CIĘ, WYPIERDALAJ STĄD! WYPIERDALAJ POWIEDZIAŁEM!
Gregory Montanha wyciągnął broń z kabury i wycelował prosto w głowę Jimmy'ego. Groźba z jego ust nigdy dotąd nie wybrzmiała bardziej poważnie. Gniew na twarzy Montanhy uwidoczniły jego zmarszczki, emocje zmieniły przyjemne zazwyczaj oblicze opanowanego policjanta w człowieka pełnego goryczy, a zmęczone spojrzenie w chwili przerodziło się w skupiony wzrok przepełniony zaniepokojeniem. Z wyglądu przypominał bardziej żołnierza zaskoczonego na linii wroga, przed Jimmym stała całkowicie inna osoba. W jego spojrzeniu skupionym niczym drapieżnik na ofierze pojawiło się na chwilę zakłopotanie, jakby rysował w głowie tysiąc scenariuszy, które pozwoliłyby tę sytuację jakoś załagodzić.
Gregory odbezpieczył broń i nacisnął silniej na spust, wszystko co miał w głowie, wszystkie pomysły jak wykaraskać się z bagna, w które wpakował go Jimmy przysłonięte zostały przez złość w najczystszej postaci. Złość i poczucie zdrady.
- ZAUFAŁEM CI, A TY GO ZABIŁEŚ. OSTATNI RAZ CI MÓWIĘ, WYPIERDALAJ STĄD ALBO CIĘ ODSTRZELĘ. - Montanha krzyczał tak głośno, jak pozwalało mu jego przepracowane gardło. Nie liczył już na żadne wytłumaczenie, gotowy na każde konsekwencje następnej decyzji, pogodzony z losem i tym, co będzie musiał zrobić. Ręce pozostały pewnie osadzone na pistolecie, lata doświadczenia pozornie wzięły górę nad emocjami. Jego nogi jednakże były rozedrgane od stresu, nigdy wcześniej bowiem gdy mierzył do mordercy nie czuł do niego empatii, nie widział w nim siebie, a tym bardziej nie widział w sobie miejsca dla współczucia. Teraz jednak broń wymierzył w swojego kochanka, osobę za którą oddał by życie bez zastanowienia.
Wszystko dookoła zniknęło, nie było już oceanu, ani piasku, zniknął szum wody i śpiew mew, zostali we dwoje, całkiem sami. Jimmy popatrzył tylko beznadziejnie na lufę pistoletu, bezsilnie próbując się ruszyć...
*Bang*
- Ożeż kurwa, co za pojebany sen. - Powiedział do siebie przerażony Erwin. - Erwin Knuckles... nie! Jimmy Nobody, Jimmy Nobody, Jimmy No-bo-dy ciągle żyje. - pomyślał, próbując ocknąć się z tego co przed chwilą doświadczył we śnie. - Ha! Kolejny koszmar, co za bzdury mi się znowu śnią. - Szybko jednak do Erwina doszło, iż te bzdury wydarzyły się ledwie 36 godzin temu, z tą tylko różnicą, że Montanha nie strzelił mu prosto w pysk. Erwin wiedział, że Grzechu nie żartuje i w porę się zawinął sprzed pistoletu. Jak zwykle, Montahna miał plan, który pozwolił uratować ich dwoje i jak zwykle, Erwin jest cały, a Gregory leży obok w bandażach, od ran nożem zadanych własnoręcznie. - Przy mnie to wszyscy cierpią, ale Ty to chyba lubisz. - pomyślał patrząc na śpiącego Gregorego. Zimny pot, którym zlał się podczas snu zaczął wsiąkać w ciuchy. Nie chcąc budzić rannego Montanhy osunął się powoli i delikatnie z łóżka i udał się w stronę garderoby.
ESTÁS LEYENDO
Morwin|Nobody
FanfictionKrótkie spojrzenie na wydarzenia z plaży pomiędzy Montanhą i Erwinem.
