Zimna morska bryza. Czuje ją w każdej części swojego ciała. Ciemność. Ciemna, mroczna ciemność przed jego oczami zakrywa cały widok.
Chłopiec rozchyla lekko oczy. Widzi tylko kolor niebieski zmieniający co chwilę swój wygląd. Rozwiera więc oczy do końca. Widzi morze. Morze i tylko morze. Rozgląda się. Co się stało?, myśli.
-A, już wiem. - uśmiecha się i robi minę mówiącą "oh, no tak."
Łapie się tratwy sklecionej z paru desek (według niego zaraz wyląduje na dnie morza).
-Dostałem w mordę... - podnosi nogę i stawia ją na tratwie. - ...i wypuścili mnie na morze na cholernej tratwie. - podnosi się i staje na deskach patrząc w dół. - Zajebiście.
Spogląda w górę. Widzi jedynie niebo, słońce i...
-Smok... - chłopiec wzdycha. Parska śmiechem. - Czy może być gorzej?
Owszem, może, myśli. I jak na zawołanie z wody wylatuje drugi smok. Lecz szybko spada do morza.
-Ano, może być gorzej. Ah, zaraza...
Wskakuje do wody i zaczyna płynąć.
-Może dopłynę do wyspy!
Nagle coś uderza go w tył. Nastolatek wylatuje w powietrze.|
-Łooooo, ty, uważaj kogo ty tykasz, ty szczurze!
Po chwili w oddali zauważa wyspę. Składa ręce w znak "Rotari". Gdy tylko upada na ziemię spłaszcza się, a po chwili wraca do normalnej postaci. Poprawia piracki kapelusz na dwóch warkoczach i wzdycha.
-Ah, ta dzisiejsza młodzież. Czyż nie, madame? - ukłania się przed kobietą gapiącą się na niego zszokowaną.
Ta piszczy i ucieka krzycząc "demon".
-Ah, ci dzisiejsi ludzie!
-Hej, kochasiu! - ktoś za nim złapał go za bark.
Usłyszał kroki nieznajomej osoby. Obeszła go i stanęła przed nim. A była to kobieta o długich czarnych, lokowanych włosach. Miała je na dole związane w malutkie kiteczki. Jej blada cera aż zaślepiała chłopca. Miała na sobie piracki kapelusz.
-Tak? O co pani chodzi?
-Kto ty, jeśli dane mi wiedzieć?
-A dane. A me imię to Kagayo.
-A jak zwą twój ród?
-Tsugetsu zwą.
-Aha... Czekaj, co? Tsugetsu?
-Tak. A co?
-Nie słyszałeś o wielkiej Malaware Tsugetsu?
-Nie. - odpowiedział natychmiast chłopiec.
-No to nadstaw uszu chłopcze. Opowiem ci.
-No to mów.
-Może najpierw chodźmy gdzieś indziej. Nie lubię opowiadać o suchym pysku.
-Zatem w drogę!
*
-A więc słuchaj, młokosie. - dziewczyna wzięła duży łyk piwa. - Malaware Tsugetsu była wielką piratką. Postrachem mórz! Władała całym oceanem! A władała nim równiutkie sto lat temu. Lecz zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Podobne gdzieś na morzu można znaleźć jej statek. Niektórzy mawiają, że statek ten jako widmo nawiedza niektóre miejsca. Tak właściwie mówiąc szczerze, moje włosy mają przypominać te jej, lecz ona miała je białe. Bielutkie jak śnieżek prószący zimą.
Kagayo wziął łyk piwa. Pomyślał chwilę i w końcu się odezwał:
-A jak ty tak właściwie się nazywasz?
-Aaa, no tak. Nie przedstawiłam się. Jestem Rei. Rei Smith.
-A więc, Rei. Znasz się na piratowaniu?
-Oczywiście! Chcę być jak wielka Malaware!
Nagle wszyscy zaczęli się śmiać. Rei skuliła się.
Kagayo wstał. Ustał na stole i złapał sie za rękaw. Wszyscy natychmiast zamilkli nadal wpatrując się w nich.
Chłopiec podciągnął rękaw odsłaniając tatuaż który był księżycem z promieniami słońca.
Można było usłyszeć szepty. Wszyscy odwrócili wzrok od nich.
-Ktoś nadal chce się śmiać? - pyta nastolatek. Nie dostaje odpowiedzi. - No ja myślę.
Schodzi ze stołu i siada na krzesło. Spogląda na Rei. A ona na niego.
-Ten tatuaż... - zaczyna ona.
-No? - pyta on.
-Ty byłeś w hadesie... Ale przecież to miejsce to tylko legenda!
-No akurat nie. - Szepcze chłopiec. - I mów ciszej.
-Jasne... A...
-No?
-Czemu pytałeś czy znam się na piratowaniu?
-Rei... dołącz do mojej załogi.
-Ja...
-No?
-Nie. - odrzekła po chwili ciszy.
-Czemu?
-Nie będę zwykłym piratem! Będę kapitanem!
-No cóż... trudno. Ale jakbyś chciała zmienić zdanie... - chłopiec z kieszeni wyjmuje kompas i podaje go dziewczynie. - ...to ci wskaże drogę
-Czy to nie jest...
-Tak, to jest to. - Nastolatek zamyka jej dłoń wstając. - Żegnam!
*
Zimna morska bryza. I letni wiatr wiejący w plecy. Idealne połączenie. Chłopiec cieszy się nimi nie patrząc na świat.
-E, ty! - ktoś za nim krzyczy na niego.
Chłopiec nie reaguje. Dalej wdycha świeże powietrze nie otwierając oczu nawet na chwilę.
-Słyszysz, kołku?
Nie reaguje. Po chwili ktoś go popycha. Nastolatek w końcu otwiera oczy i spogląda przez ramię.
Czego? - pyta.
-Czego, hm? A może byś nam tak powiedział co tak stoisz jak pręgierz jakiś, cholero jedna?
-A nie można się nacieszyć morzem, cholero jedna?
-Uważaj ty sobie co i do kogo mówisz.
-Dobrze...
-No.
-...cholerko jedna. - chłopiec uśmiechnął się ohydnie i obrócił do niego.
-Dobra, przegiąłeś. - mężczyzna wyjął nóż z kieszeni i ruszył na Kagayo. Rzucił się na niego.
Ten uniknął, a agresor wpadł do wody, aż chlupnęło.
-Dobra, chyba pora wypływać.
-Czym?
-A tym - chłopiec wskazał łódkę stojącą tuż przed nim. - Na dwoje ludzi wystarczy.
-Dwoje? A myślałem, że panienka Rei odmówiła. Czyżbym się przesłyszał?
Kagayo odwraca się do nieznajomego. Spogląda mu prosto w oczy.
Jest to na oko dwudziesto letni mężczyzna. Włosy jego czarne jak smoła do szyi urośnięte. Oczy zielone jak szmaragdy. Na plecach ostrze o pięknej rękojeści.
-A więc, panie kapitanie, jakie rozkazy?
*
Dzień piękny. Wręcz idealny dla strażnika takiego jak Taylor.
Mężczyzna stoi i pilnuje statku który ma zaraz odpłynąć. Idealnie.
Robi mocny wdech, a następnie...
Bum!
... wydech.
Odwraca się bezzwłocznie. Wokół dym. Statek niewidoczny. Idealny dzień zamienił się w piekielny dzień.
Zaczyna biec. Wbiega na statek.
-Co się dzieje? - krzyczy do drugiego strażnika.
-Piraci! - odkrzykuje do Taylora.
-Co? Piraci? Jesteś pewien? Przecież wszyscy zostali zabici po zniknięciu Malaware.
-No właśnie wie... zaczął, lecz nie skończył. Został przecięty mieczem.
-Kurwa! - Taylor klnie i biegnie przed siebie rzucając broń. Jednak drogę zasłania mu drugi pirat. Ten układa ręce w dziwny znak, a strażnik wylatuje za statek jakby pchnięty czymś.
Spada do wody. Widzi jak ciała jego kompanów spadają do wody, a statek odpływa.
Strażnik zamyka oczy. Mdleje.
Ah, jakże piękny dziś dzień...
*
Zimna morska bryza połączona z letnim wiatrem. Cóż za wspaniałe połączenie. A tymczasem załoga złożona z dwóch osób płynie przed siebie.
-Hej, a tak w ogóle to jak się nazywasz? - pyta Kagayo za sterem.
-Mateo. Mateo Gills. A gdzie płyniemy, kapitanie?
-Na wyspę Ronve.
-Tą wyspę Ronve? Tą, na której podobno znajduje się legendarny skarb?
-Tak. A dokładniej skarb rasy która wyginęła.
-Tak, wiem. Rasa derbat...
-Derbaty dalej żyją.
-Skąd wiesz?
-W dzieciństwie spotkałem dwa.
-Co ty gadasz?
-No.
-A więc na wyspę Ronve!
-Na wyspę Ronve!
