– Przeleciała koło nas odcięta głowa – wymruczał, przykładając skręta do ust.
Zimno zaczęło docierać pod przemoknięte ubrania Matwieja, do ciała, które opuszczała adrenalina. Zrobił się śpiący.
Patrzył na dziedziniec, w który uderzały regularne kurtyny deszczu. Szum wzmagał się, gdy opadały w dół, a potem wyciszał, aż nie nadeszły następne. Rynny wylewały, tworząc wodospady z dachów kamienic. Pranie, którego nikt nawet nie spróbował uratować, rzucało się po sznurze. Niektóre rzeczy spadły w błoto lub na przykrytą nędzną płachtą stertę opału.
Matwiej mógłby zapomnieć, co dzieje się na ulicy. Mógłby udawać, że spływająca nią woda nie odbija światła krwistych lamp, nie drży pod kołami wozów strażackich, nie obmywa fundamentów Uniwersytetu.
Mógłby udawać, że po prostu wymknęli się na szybkiego papierosa w środku nocy. Że siedzieli wsparci o siebie w jakiejś bramie, na jedynym niezmoczonym gęstą siecią strumieni schodku, by dobrze zakończyć ostatni rok studiów. Że Alli...
Bez sensu.
– Maar jest niezręczna w błogosławieństwach. – Ivan wyciągnął rękę po skręta.
Matwiej drżącą dłonią, mało precyzyjnie go oddał.
Żarzący się koniuszek zasyczał przy zaciągnięciu, na kamień spadła odrobina popiołu.
– To była Kaplica Vesty.
– Ale się palił, tak? Wyglądał jak te śmieszne figurki z... kurwa nie pamiętam.
Matwiej zabrał skręta spomiędzy palców przyjaciela. Dym osiadł mu w gardle.
– Mózg ci się palił. Co by ci miała Maar błogosławić. – Rozkaszlał się. – Szeptały ci maarony do uszka, zejdź do Kaplicy, zejdź, zejdź, bo spłoniesz?
– Tak. – Ivan sięgnął do ręki Matwieja.
– Tobie już chyba wystarczy. Takie durnoty gadać... jak tylko ten deszcz nas uratował. Ogień też zagasi.
– Nic nie zgasi. Będzie płonął ze dwa tygodnie.
Z kieszeni wyjął podrdzewiałą papierośnicę i odpalił własnego skręta.
– Przy takiej ulewie?
W bramę wbiegł bezdomny kot. Szary dachowiec o jaskrawych oczach. Usiadł na schodku przed drzwiami. Przemoknięte futro podkreślało wychudzenie jego ciała. Na boku miał ślady po walce z czymś o wiele większym on niego samego. Z psem albo kopytem. Poczerwieniała skóra unosiła się w rytmie jego oddechu, gdy przejeżdżał po niej językiem.
– Musiałby to zrobić jakiś Mag... Ale skąd miałby się tam wziąć? Nie wpuściliby żadnego. Po to robili te testy, nie? No, chyba że Ona...
– Cii... – Ivan uciszył go gestem ręki. Dopiero teraz Matwiej zauważył, że przez ten cały czas próbował przywołać kota do siebie.
Kot bez przekonania wpatrywał się w jego rękę. Po chwili zaczął się zbliżać. Podchodził ostrożnie, wyciągając głowę w stronę poruszających się palców, pewnie miał nadzieję, że kryje się między nimi jakieś jedzenie. Na jego nieszczęście była to jedynie pułapka. Ivan podniósł go, chwytając za szyję, a potem przekładając ręce na boki pod łapami. Kot wił się i syczał.
Oczy Matwieja od razu powędrowały do ropiejącej rany na boku.
Obrzydliwe.
– Wygląda jak ty – Ivan oznajmił z zadowoleniem. Mówił dość niewyraźnie, bo aby zwolnić sobie ręce, przełożył skręta między zęby.
– Nie?
– Teraz go przytul.
– Zabieraj mi tego futrzaka z twarzy! Pewnie ma wściekliznę.
– Masz Puszka i się uspokój.
Gdy tylko kot poczuł, jak uścisk się rozluźnia, wysmyknął się Ivanowi z rąk, drapnął Matwieja, po czym odbił się od jego brzucha i uciekł na deszcz. Za nim poleciał niedopałek skręta.
– Mówiłem: trzymaj. – Ivan brzmiał na urażonego. Niemożliwym było jednak ocenić czy z powodu kota, czy zamoczonego niedopałka, w którym zostały jeszcze ze dwa centymetry do wypalenia.
– Chuja mówiłeś! – Matwiej obejrzał rękę. Został drapnięty do krwi. – Ja tu mówię poważnie, a ty mi wciskasz to... coś.
– A tam poważne.
– Gdybym cię nie odsunął, straciłbyś spodnie, nogi i może jeszcze coś więcej! Sam byś się palił dwa tygodnie!
– Wymyśliłeś to sobie.
– Nie czułeś tego palonego mięsa?! Ktoś skoczył z okna! I cholera wie co z tymi, którzy zostali na górze...
– Matwieju, kurwa no... Wyszliśmy. Teraz trzeba świętować. Przynajmniej póki nie zagonią nas do zdrapywania chłopa z chodnika...
– Zaraz zacznę świętować pięścią, jak nie spoważniejesz.
– Taka szopa nie jest warta twoich nerwów.
Matwiej zacisnął zęby. Na jego nerwach wypaliła się każda sekunda przy oknie, każdy brzdęk pękającego klosza, a Ivan? A Ivan, który przeleżał to wszystko w cichej Kaplicy, zamierzał go pouczać, co powinien o tym uważać.
Uniósł rękę do twarzy, ale w pół ruchu zorientował się, że już nie ma czym się zaciągnąć. Wziął głębszy oddech, aby się uspokoić. Jeszcze raz spojrzał na ranę.
Stróżka krwi spływała w kierunku przedramienia. Powoli. Bardzo powoli. Aż gęsta kropla znikła w mankiecie koszuli. Była prawie czarna...
– O nie... – powiedział na wydechu. – Mówiłem ci, że na pewno jest na coś chory! – dramatycznie zerwał się ze schodka.
– Co?
– Teraz naprawdę chciałbym, aby to była wścieklizna. Twój durny Puszek mnie Zakaził!
– Żartujesz – Ivan w sekundę zbladł tak bardzo, że nawet w ciemności dało się zauważyć różnicę. – Pokaż. Może to tylko światło... – Poderwał się, ale ciało, traktowane Ziołem od kilku godzin, odmówiło mu posłuszeństwa. Upadł w strumienie. Matwiejowi nie udało się powstrzymać śmiechu. Zlizał stróżkę z nadgarstka.
– Tylko to choróbsko potrafisz traktować poważnie.
– Ty... Też mógłbyś zacząć!
Matwiej przewrócił oczami.
YOU ARE READING
Kruki
FantasyMatwiej i Ivan dzielili kiedyś plany. Plany zniweczone przez Magów, Zakażonych i pewną kobietę w pierzastych butach. A przynajmniej tak opisałby to Matwiej, po latach okradziony z własnego odkrycia. Na jakie różnice można przymknąć oko, aby odtworzy...
