Prolog

3.3K 50 5
                                        

Bankiet firmowy był jednym z tych wydarzeń, które miały wyglądać elegancko, a w rzeczywistości były mieszanką sztucznych uśmiechów, alkoholu i ludzi udających, że naprawdę się lubią.

Stałam przy stoliku, obserwując, jak kelnerzy biegają z tacami pełnymi miniaturowych kanapek, które prawdopodobnie i tak wylądują na podłodze. Spojrzałam na swoje szpilki. Kołysanie, balansowanie... tak, wyglądałam jak pijana modelka w teledysku niskobudżetowym.

Nie powinno mnie tu być. Serio. Zawodowo? Nie moja branża. Towarzystwo? Kompletnie nie moje tempo. Ale alkohol robił swoje, a kolejne wino w kieliszku dodawało odwagi.

Wbiegłam do windy w ostatniej chwili, prawie wpadając na faceta w garniturze. Spojrzał na mnie jak na największy koszmar swojego życia. Ja też nie byłam mu dłużna — w końcu stałam tam w ciasnej windzie z jednym z najbardziej wpływowych ludzi w firmie... najbardziej chamska, samolubna istota na ziemi jaką znam i jednocześnie największym ruchaczem w całym budynku.

—  Naprawdę musisz wchodzić jak tornado i straszyć ludzi? — mruknął, krzyżując ręce i spoglądając na mnie z wyraźną irytacją.

— A ty serio musisz wyglądać jak największy narcyz? — prychnęłam, starając się odzyskać równowagę.

Odwróciłam głowę, żeby nie patrzeć już więcej na niego.

Winda ruszyła, a ja próbowałam uspokoić bicie serca. „Spokojnie, tylko kilka pięter, nic strasznego" — pomyślałam.

Nienawidzę wind.

Po kilku sekundach huk, winda zatrzymuje się, światło przygasło, alarm pisnął.

— Świetnie. Świetnie... dokładnie w tym momencie — jęknął zirytowany.

— Wygląda na to, że los nas lubi — odpowiedziałam z ironicznym uśmiechem, choć w środku czułam napięcie.

Byliśmy w tak bliskiej odległości, że każdy nasz ruch przy odchylaniu się od ścian był przypadkowym dotykiem. Spojrzenia spotykały się dłużej, niż powinny. Alkohol mieszał się z adrenalinką – nerwy, frustracja i coś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać.

— No świetnie. Minuta minęła, a usterka w takiej firmie to już kurwa dramat. Co za palanci. — rzucił, a ja czułam, jak jego irytacja narasta z każdym słowem.

Patrzył na mnie kątem oka, jakby chciał powiedzieć: Spójrz, ja trzymam tę firmę na nogach, a oni nie potrafią naprawić windy.

— Ojej, naprawdę? To może od razu zatrudnijmy cię jako Boga korporacji, żebyś rozwiązywał wszystkie katastrofy świata — prychnęłam, unosząc brew i mocniej przyciskając się do ściany, żeby nie ocierać się o stół transportowy.

Powinnam się zamknąć. Ale procenty we krwi sprawiały, że miałam totalnie wywalone na zasady. Cholera, mogłam się teraz dosłownie wykłócać się z gościem, który w jednej chwili mógłby mnie „o tak" zwolnić. Nawet w tym momencie.

— Ha, wiesz... jakbym był Bogiem, to przynajmniej nie musiałbym tłumaczyć każdemu palantowi, jak działa winda — odparł, patrząc na mnie z ironicznym uśmiechem.

— Może powinniśmy wysłać raport do zarządu: „Winda ze stołem transportowym zatrzymała się na minutę, zagrożenie katastrofą światową" — odpowiedziałam, udając poważny ton, choć serce waliło mi szybciej.

— Minuta już dawno minęła pani przemądrzała. Ale wiesz... nawet ja nie jestem w stanie naprawić ludzi, którzy nie potrafią wcisnąć guzika „start" jak widać — mruknął, przewracając oczami.

— Co tu, do cholery, robi ten stół transportowy? — prychnęłam, kiedy winda nagle szarpnęła. Potknęłam się o stojący w środku stół, najwyraźniej przygotowany do dostarczenia na górę przekąsek z bankietu. W wyniku tego potknięcia poleciałam tyłem na niego i przypadkowo otarłam się o niego... cholera, totalnie nieplanowane.

Po raz kolejny i ostatni Stories to obsess over. Discover now