Prolog

32 4 3
                                        

Paryż, 3 kwietnia 1849

Zygmuntowi Felińskiemu wydawało się, że kiedy o czwartej po południu na jego rękach zmarł  bliski przyjaciel, zakończyła się pewna historia. Nie mógł wiedzieć, że kiedy przez przypadek w prasie ukaże się pewna korespondencja, Paryż zawrze. Ba!  Polska zawrze. 

Ta Polska, której od kilku dekad nie było na mapie. Ta Polska, którą trzykrotnie, kawałek po kawałku, stopniowo wymazywano jak niechciane notatki, szkice, zapiski... Ta Polska, której niszczono dorobek kulturalny i historyczny, jakby jej nigdy nie było. By zapomnieć, zniszczyć, pogrzebać.

Zygmunt w tamtej chwili  nie zastanawiał się, co się może zdarzyć w przyszłości. Nie myślał nad tym, że jedna śmierć może spowodować, że losy innych osób ukształtują się tak a nie inaczej. Nie wiedział, że ta jedna śmierć sprawi, że przewartościowuje swoje priorytety i skieruje się na drogę, której wcześniej nie rozważał. 

Nie mógł wiedzieć.

W tamtej chwili patrzył na bladą, zastygłą w bezruchu twarz, na ciemne loki opadające na białą, zabarwioną kropelkami krwi, poduszkę, na przymknięte oczy, a przed wszystkim na nieruchomą klatkę piersiową. 

Nie uronił ani jednej łzy. Wiedział już wcześniej, że Juliusz umiera. Od tygodni jego stan zdrowia się pogarszał. Od miesięcy nie wychodził z domu. Nie czuł się na siłach. Gruźlica zaatakowała ze wzmożoną siłą, tylko Juliusz jeszcze się łudził, że będzie lepiej. 

Nie było.  Nie wyrwał z rąk śmierci jeszcze kilku tygodni życia. Bóg nie wysłuchał jego niemych próśb.  Nie pożegnał się z matką, chociaż Salomea musiała wiedzieć, że jej jedyne dziecko umiera. Już rok wcześniej, podczas ich ostatniego spotkania, można było zobaczyć, że śmierć czai się za plecami Juliusza. Ściskał tylko w dłoni ostatni list od matki. Prawie starł atrament z kartki, ciągle pocierając palcem zapisane jej ręką litery.

Zygmunt po raz ostatni odgarnął z czoła przyjaciela zagubiony kosmyk, zawsze opadający w tym samym miejscu, a który Juliusz ze złością chował za ucho, kiedy zasłaniał mu oczy podczas pisania. Po raz ostatni spojrzał na przyjaciela i nakrył jego ciało białym prześcieradłem.

Wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Nie obejrzał się. Miał listy do napisania. 

Otarł pojedynczą łzę, jakby jej nigdy uronił. Musiał żyć dalej, chociaż czuł, że coś w nim umarło. Nie wiedział, że w tym samym momencie, ktoś schował kolejny list pod obluzowaną deskę podłogową i że ktoś inny ją znajdzie, co sprawi, że światło dzienne ujrzą pewne tajemnice.

Tajemnice, o których Słowacki nie zdawał sobie sprawy, a Mickiewicz nie chciał ujawnić.


------------------------------------------------

Nie mam pojęcia, czy ktoś tu jeszcze jest i czy zagląda z nadzieją, że coś się pojawi. Byłoby miło, jeśliby potencjalni czytelnicy się ujawnili. Mam nadzieję, że po tylu latach przerwy nie wyszłam z wprawy.

Pozdrawiam.


Listy do J.Where stories live. Discover now