1

64 7 16
                                        

Ruszyłem z belki najszybciej jak potrafiłem. Całą siłę zgromadzoną w moich ramionach przeniosłem na odepchnięcie. I czułem, że mimo długiego czekania na możliwość oddania próby, będzie ona dobra i wystarczy na wejście do drugiej serii.

Mimo wszystko kochałem skakać. Strasznie kochałem to robić, kocham klimat, tych ludzi, tą wolność, kibiców. Tej miłości, którą czuje każdy skoczek nigdy nic nie zastąpi. Zresztą - każdy kibic również to czuje. Oczywiście, czasem warunki na skoczni to dramat i oddanie normalnej, ładnej lub chociażby przyzwoitej próby jest niemożliwe, ale to tylko mały pierwiastek tego, jak to wszystko jest złożone i niesamowite. No i piękne.

Uczucia podczas skoku nie da się opisać. Poczucie odpowiedzialności za własne życie i takiej wolności. Bycie zależnym tylko od siebie i po części od szczęścia. To loteria. Ale kto nie ryzykuje nie pije szampana, prawda? A szampan ten jest zawsze wyjątkowo słodki.
Wybicie było mocne i dynamiczne, a sylwetka, którą obrałem po odbiciu z progu posągowa, nienaganna wręcz. Wiatr delikatnie podtrzymywał mnie w powietrzu, ale wiedziałem, że odległość, która padnie moim łupem będzie tylko i wyłącznie moją zasługą.

Czułem, że nie zrobię telemarku. Nie chciałem skończyć jak Siegel, ale cholera, to mogła być cudowna próba zwieńczona idealnym telemarkiem i okraszona wspaniałymi notami, a gdy wylądowałem obunóż na wypłaszczeniu poczułem wewnętrzne niedowartościowanie. Cholera!

Szesnaście, szesnaście i pół, dwie siedemnastki, siedemnaście i pół. Jestem drugi. Okej, mogło być gorzej. Zawsze mogłem grać w akompaniamencie skoczków, którzy cudem wdzierają się w łaski serii finałowej i szybko wychodzą z jej objęć. Także nie ma co narzekać, mogło być o wiele gorzej.

Po chwili stałem wraz z innymi skoczkami. Niechlubnie przyznać, ale niektórych ledwo rozpoznawałem z twarzy. Niektórzy byli obcy, inni jakby wyalienowani, ale wszystkich nas tak czy siak łączyło jedno.

Przysłuchiwałem się promiennemu śmiechowi Naokiego Nakamury, który łamaną angielszczyzną dyskutował z podajże Andreasem Schulerem, który to ledwo obronił się przed upadkiem. Japończyk jest tak niesamowicie pozytywny, tryska od niego taka promienna energia, która aż nazbyt od niego emanuje i miałem wrażenie, że Szwajcar jest tym delikatnie przytłoczony. Jego radość, tak piękna oczywiście, momentami robi się aż nazbyt ciasna, czego młody skoczek właśnie doświadczał. Japończyk już po raz drugi nie zakwalifikował się do serii finałowej, a śmieje się jakby mieszankę majeranku zapił mocną wódką i zagryzł papryką marynowaną. Jego uosobienie zdecydowanie wykracza ponad wszelakie statystyki szczęścia, co jednocześnie jest piękne i przerażające.

- Co ty tak sterczysz, co? - usłyszałem za sobą głos mojego przyjaciela, z którym tydzień temu dane mi było dzielić pokój. Barierka, o którą się opierałem niby była stabilna, ale napierana przez ponad trzydziestu osobników rasy homo sapiens (polemizowałbym jednak, czy określenie ,,rozumny" jakkolwiek jest w stanie opisać połowę z nich) długo by nie wytrzymała.

- Patrzę na skoki innych. Ciekawe, kto za te dwa miesiące będzie mistrzem świata - odparłem spoglądając na kolejnych zawodników, którzy potajemnie rozciągali swój kombinezon lub uczynnie czekali na swoją próbę.

- Ta, gdybanie. Czysto teoretycznie to każdy ma szansę, nawet ty, choć sam wiesz, że obecnie nie błyszczysz.

- Szkoda, że to tylko teoria - odparłem spoglądając ukradkiem na dochodzących zawodników.

- Zrób więc, żeby to nie była tylko teoria. Wiesz... - zamilkł. Czyżby miał zacząć kolejny nudny wywód o samodyscyplinie? Nie byłem skłonny do wysłuchiwania go, zwłaszcza, że naprawdę robiłem wszystko, co w mojej mocy, aby moja forma szła w górę.

kill on the hillWhere stories live. Discover now