Katastrofa

2 2 0
                                        

Wieczorny lot Boeinga 747. Moja głowa była już wręcz przyczepiona do fotela oddając się chwili wytchnienia. Minęła już druga godzina lotu. Nic nie przewidywało żadnej dziwnej sytuacji.

- Wierzy pani w sytuację, których nie da się wyjaśnić?- zapytał szepcząc staruszek ,który znienacka po tak długim milczeniu i spokojnym locie odezwał się do mnie z uśmiechem. Wcześniej siedzieliśmy obok siebie i nawet nie zwracaliśmy uwagi...Zwykły lot. Nie miałam więc pojęcia skąd nagłe zainteresowanie rozmową ze mną...Może specjalnie wybudził mnie ze snu znajdując odpowiednią sytuację...A raczej jej brak.
- Co Pan ma na myśli?- odpowiedział zadając przy tym kolejne pytanie spoglądając na mężczyznę, który jeszcze szerzej uśmiechnął się bardzo krystalicznie białymi zębami...Typowa proteza emeryta.
- Wie Pani, samoloty często znikają a osób z niego nigdy się nie znajduje- odparł z tym samym zaskakującym uśmiechem. Zdawało mi się czy to nie brzmi czasem jak ostatnie słowa terrorysty?
- Boi się Pan latać?- poraz kolejny zadałam pytanie, aby nie odpowiadać na tak zadziwiające i niewątpliwie dziwne pytania.
- Ależ skąd- oznajmił zaczynając cicho chichotać pod nosem. Jego jaskrawo czerwony sweter aż zaczął drgać. Nie miałam pojęcia czemu ,ale w tej całej sytuacji poczułam ogromny niepokój.
Jednak po kilku sekundach tego dziwnego zachowania mężczyzny obok mnie do naszych foteli podeszła sstewardessa.
- Podać coś Państwu?- spytała z równie szerokim uśmiechem jak wcześniej staruszek.
- Nie...
Zatrzymałam się z odpowiedzią słysząc dziwny wręcz tłukący się dźwięk. W tej sytuacji spojrzałam więc zza okno skąd wydobywało się to dziwne zjawisko. Zauważyłam ogromną liczbę chmur ,które wcześniej umknęły mojemu oku. Chmury te zasłaniały śmigło samolotu jednak po chwili intensywnego przyglądaniu się miejscu skąd wydobywały się coraz to dziwniejsze odgłosy zauważyłam dym.
Nie musiałam długo czekać do momentu aż reszta pasażerów i załogi nie zauważyła sytuacji.
Często słyszy się o katastrofach lotniczych ,jednakże słuchanie o nich ,a bycie w trakcie niej to zupełnie dwie różne sytuacje. Pierwsze co wydobywa się z głowy w takiej sytuacji do nagła chęć ocalenia siebie...I tylko siebie. Jednak da się jeszcze nad tym zapanować. Nie trwało to jednak długo aż nie zauważyłam, że reszta osobistości w tym samolocie jednak nie potrafi tak łatwo panować nad swoimi emocjami i popada w szybką histerie ,nad którą nikt z załogi nie potrafił zapanować.
Wszystko przeze mnie było widziane jak przez mgłę. Wiedziałam, że znajdujemy się w okropnej sytuacji a nasz samolot zaczyna spadać jednak nie miałam zielonego pojęcia czy maseczki z tlenem spadły ,abyśmy mogli przeżyć czy też nie? Ostatnie co zapamiętałam to mężczyznę, który siedział obok mnie ,który w tej ciężkiej sytuacji jakby rozpłynął się na moich oczach...Tylko przez sekundę spojrzałam w jego kierunku. Wciąż się uśmiechał a po chwili po prostu zniknął.
Później pamiętam tylko ,że zaczęłam tracić przytomność. Nie słyszałam już krzyków ani nie widziałam paniki. Nie czułam upadku.

Moje oczy jednak otwarły się poraz kolejny. Nie zginęłam w katastrofie lotniczej jak przypuszczałam...Obudziłam się.
Nie było jednak nigdzie śladu samolotu, nigdzie nie było ocalałych ani też żadnych odłamków. W prawdzie rzeczy znajdowaliśmy się, gdzieś w okolicy oceanu...A przecież znalazłam się na lądzie. W moich myślach ukazało się tysiąc scenariuszy. Od myśli, że jestem w niebie do bardziej sensownych o ocaleniu lub śpiączce...Miejsce to było ciepłe, trawa była miękka i zieleńsza niż ta ,którą mogłam kiedykolwiek wcześniej podziwiać. Obok było niewiele drzew ,które swoją koroną liści potrafiły mnie wręcz osłabić z ich dostojności i ładu. W tym miejscu wiał wyjątkowo ciepły letni wiatr. Nie był on jednak szkodliwy a przyjemny. Pogoda tutaj była miła...Bardzo miła. Kiedy spojrzałam w niebo było niewiele białych obłoków. Dostrzegałam ogromny błękit i ani śladu po burzowych chmurach z samolotu...A przecież tamta katastrofa nie mogła mi się przyśnić prawda? Wstałam sprawdzając czy ,aby napewno nie mam żadnych ran na swoim ciele...Nie spotkałam się z nimi. Nie spotkałam się z żadnymi konsekwencjami przeżycia katastrofy jaka przecież musiała spotkać mój samolot...Otrząsałam się podążając w stronę ziemistej ścieżki, która oplatała trawę. Przechodziła wzdłuż tak krystalicznie czystej wody jakiej dotąd nigdy nie spotkałam. W niej widoczne były nawet opadające na dno promyki słońca oraz przepływające przez nią stworzenia wodne. Ryby były piękne...Kolorowe...Nigdy nie widziałam takiego gatunku. Poczułam wtedy brak w mojej edukacji przyrodniczej...Bo właśnie to rybami zajmowałam się w swojej uczelni. Miałam nadzieję zostać Ichtiologiem...Chociaż biologia nie była mi straszna w żadnym przypadku...Uwielbiałam wszystkie jej rodzaje. Od owadów, roślin, zwierząt lądowych do samych ludzi...Ale to właśnie ryby były moim oczkiem w głowie. Dlatego z takim wręcz zdziwieniem przyglądałam się tym istotą. Zdumiły mnie one niebywałe swoją budową i kolorytem. Było to pierwsze co sprawiło, że to miejsce stało się dla mnie podejrzane. Ukucnęłam więc przy rzece ,aby bliżej przyjrzeć się temu zjawisku. Ryby przypominały te z amazonki... Trigonostigma heteromorpha połączona z Paracheirodon innesi...A jednocześnie ich kolory są znacznie bardziej wyjątkowe...Wręcz niebywałe. Moja miną wskazywała wyraźny szok...

- Wcześniej ryby nie widziałaś?- ktoś wymógł ode mnie spojrzenie w przeciwnym kierunku od rzeki...Odwróciłam więc się w kierunku tego skąd wcześniej ruszyłam.

Przede mną stał wysoki, długowłosy blondyn w bardzo dziwnym ubraniu. Wyglądał wręcz jak wyjęty z filmów o samurajach? Nie wiedziałam do czego to dorównać. Do tego zauważyłam, że jak samuraj ma jakąś katanę przyczepiona do swojego ubioru. Było to dla mnie dodatkowym elementem łączącym kropki ,że znalazłam się w ogromnie dziwnej sytuacji.
- Przepraszam, tutaj rozbił się, gdzieś niedaleko samolot prawda? Potrzebuje pomocy muszę zawiadomić rodzinę, że żyje, może mi Pan pożyczyć telefon lub zaprowadzić do miasta?- spytałam wstając, aby podejść do mężczyzny ,który w momencie mojej wypowiedzi zaczął się jakoś krzywo na mnie patrzeć...Nie dość, że z byka to na dodatek jakbym gadała całkowite bzdury.
- Godność?- wypytał zamiast udzielić mi tej cholernej pomocy ,o którą przecież tak proszę...
- Słucham?
- Ja zadaje pytania, nie wyglądasz mi na obywatela Atlanty, godność- odparł bardzo stanowczo.
- Łucja Adamczyk...Co to ma do rzeczy? Jest Pan z jakieś straży tak?
Nagle mężczyzna odgarnął włosy z ucha sprawiając, że w tej chwili moje wszystkie wątpliwości uległy przemianie...Jego uszy nie były zwykłe. Wyglądały jak jakaś mutacja? Sama nie wiedziałam jak mogłabym to nazwać...Te uszy przypominały uszy elfów z baśni a nie zwykle ludzkie uszy. Po tym incydencie jakbym całkowicie straciła wątek...Zaczęło kręcić mi się w głowie próbując wyjaśnić to co widzę...Koloryt tego miejsca, ten człowiek...Dziwne zwierzęta...To nie jest świat, który znam...To miejsce jest mi obce..Jak tutaj trafiłam? Czemu nikt wcześniej tutaj nie dotarł? W tej sytuacji poczułam jak lecę na ziemię, ale człowiek, który mnie tutaj odnalazł złapał mnie za moją bluzkę przedstawiając do pionu. Jednak nie przestał mnie w ten sposób trzymać a na dodatek miał coraz bardziej groźną mimikę.
- Pójdziesz ze mną i wyjaśnisz wszystko u burmistrza- oświadczył pchając mnie na ścieżkę. W tamtym momencie zdałam sobie sprawę, że znajduje się albo w bardzo realistycznym śnie...Albo w najgorszej sytuacji w jakiej może znaleźć się człowiek...

Nie miałam wyboru. Mogłam iść jedynie wzdłuż ścieżki słuchając się tego elfo podobnego człowieka. Po 15 minutach dotarliśmy do wioski przypominającej te z średniowiecza lub nawet antyku...
Mój towarzysz drogi kazał mi wejść do jednego z budynków, gdzie znajdowali się jeszcze dziwniejsi od niego ludzie.

Budynek był drewniany a jego środek wyznaczał się wąskim korytarzem z paroma krzesłami. Te istoty siedziały na nich ,a gdy weszliśmy do tego miejsca wstali.

- Aim!- wszyscy wykrzyknęli prawie jednocześnie kłaniając się temu mężczyźnie. Owy widocznie Aim złapał mnie za ramię.
Istoty zrobiły nam przejście, przez które szybko przeszliśmy. Te dziwne istotki zaczęły zasłaniać swoje nosy i usta jakbym śmierdziała...
Wszyscy byli tak różni...Jedni świecili się jak brokat...Inni mili zdumiewający kolor włosów wyglądający jak naturalny a jeszcze inni zwierzęce uszy...Wszystko brzmi jak fantazja 12 latki...Tymczasem ja znalazłam się w mieście dziwnych stworzeń...
Aim bo tak go nazwali otworzył drzwi wpychając mnie do środka. Ku mojemu zdziwieniu w samym centrum, przypominającego gabinet miejsca siedział staruszek, który w samolocie spowodował u mnie lęk...Teraz jednak zaczął poraz kolejny śmiać się wstając z fotela.
- Znalazła się!- uśmiechnął się podchodząc w naszym kierunku.
- To jakaś wariatka, nie jest tutejsza, przyglądała się rybą i mówi o jakimś samolocie...Przyprowadziłem ją do ciebie Panie...
Staruszek podniósł rękę a "elf" uciszył się.
- Łucja, lat 23, ludzkie dziecko...Wy ludzie nie macie pojęcia jak wielka jest ziemia! Że też moi potomkowie wybrali właśnie ciebie...No cóż, Aim znajdziesz jej kwaterę, miejsce do kąpieli i odpowiedni strój....Dokonało się! Synu oto twoja żona- oświadczył wskazując na mnie z ogromnym entuzjazmem. Ja jednak wraz z tamtą osobą wymieniłam spojrzenie, aby następnie ony dwaj jednocześnie wypowiedziach to samo słowo...
- Co?!

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Dec 11, 2021 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

Atlanta Where stories live. Discover now